O mamuniu, nie pisałam od listopada... Informuję, że żyję i wszystko w porządku :) Nie jestem w stanie streścić tych ostatnich miesięcy, ale opowiem chociaż to, co się działo ostatnio i spróbuję wytłumaczyć, czemu mnie tu tak mało.
Wciąż pracuję w świetlicy środowiskowej, więc po powrocie do domu to jedyne o czym marzę to ciepła herbata i miękka poduszka 😆. Jestem już na drugim semestrze oligofrenopedagogiki, a więc wiele czasu poświęcam na zjazdy, naukę, praktyki i wolontariat z osobami niepełnosprawnymi. Ponadto staram się też chociaż raz w tygodniu pomagać w biurze Diecezjalnego Centrum Wolontariatu w Kielcach czy w działaniach CARITAS. A tu jeszcze chłopak, przyjaciele, kurs przedmałżeński, człowiek nie ma czasu odpocząć, a gdzie znaleźć go na pisanie bloga? W dodatku mój laptop leży zepsuty, bo ciężko pisać posty na klawiaturze ekranowej. Wystarczy takie usprawiedliwienie? W dodatku zastanawiam się nad utworzeniem nowego bloga, ale ciężko znaleźć tematykę, która będzie inspirowała mnie do codziennego pisania (tak, tak, chodzi o te miliony odsłon), o której treść nikt nie będzie miał do mnie pretensji (czemu mnie pominęłaś w poście, ja to widziałem inaczej, tym postem naruszasz przepisy o danych osobowych itd.) oraz o rzecz, która mnie nie znudzi szybko (marzył mi się blog nauczycielski, ale ciężko go pisać nie pracując w szkole). Może jakieś propozycje?
Dziś chciałam Wam opowiedzieć o wolontariacie z punktu widzenia "biorcy". Dotąd to ja pomagałam komuś, a w mojej pracy spotykam się z odwrotną sytuacją. Do świetlicy przychodzą wolontariusze odrobić lekcje, upiec ciasto, uszyć coś z dzieciakami czy po prostu udzielić słów otuchy załamanym wychowawcom 😂. Mamy dietetyka, który raz w miesiącu zdradza dzieciom, jak zrobić smaczne i zdrowe przekąski, dziewczynę, która swoimi wypiekami doprowadza do łez moją wagę łazienkową, chłopaka, który zna magiczne skróty do naprawy "zepsutego" komputera. Jak widać, można pomagać w różnoraki sposób. Od około tygodnia przychodzi do nas dziewczyna, która do tej pory nie miała styczności z dziećmi, a radzi sobie wyśmienicie. I dzięki niej mamy pełno bibułkowych kwiatów czekających na pierwsze oznaki wiosny🌷🌹🌸🌺🌻🌼🍀. Przychodzi na chwilę, a zostaje na cały dzień i nawet nie zauważa, kiedy ten czas zleciał. Przypomina mi się wtedy, jak ja nie musiałam śpieszyć się do pracy, na autobus, tylko mogłam czasem nawet tylko posiedzieć, a nie pomóc, ale nic mnie nie ograniczało. Tęsknię za tymi chwilami, gdy nie robiłam wszystkiego w biegu, gdy miałam czas przeczytać książkę, popisać na blogu, ba! przejrzeć durne strony na Internecie. Nawet moje obecne wolontariaty odbywają się z zegarkiem w ręku i szybkim przeliczeniem: ile potrzebuję czasu, by zdążyć do pracy? Brakuje mi tej spontaniczności, beztroski, wszystko teraz muszę zaplanować. To się chyba nazywa dorosłość?
Jak już wspomniałam, w pracy czerpię z pomocy wolontariuszy. Czasem tylko dzięki nim mam czas "skoczyć" do toalety czy dokończyć zaczętą tydzień wcześniej pracę ręczną. Ale staram się uczyć też moich podopiecznych "czym jest wolontariat". Zawsze angażujemy ich w zbiórki żywności. Dla tych młodszych jest to bardziej zabawa niż świadoma pomoc, jednak skoro dopytują, kiedy kolejna taka akcja to wiem, że "młoda skorupka nasiąknęła". Dzięki swojej pracy dowiedziałam się też, że objęcie takiego wydarzenia logistycznie jest bardzo skomplikowane - dzieci nie znają pojęcia odpowiedzialności i fakt, że zapisali się na daną godzinę nie jest dla nich wiążący. W tej kwestii wciąż przede mnie wiele wychowawczych rozmów, ale już jest coraz lepiej.
Wczoraj naszą placówkę odwiedzili licealiści - laureaci jednego z konkursów, którzy opowiadali dzieciakom czym jest praca organiczna. Patrząc z boku odkryłam, jakie inteligentne bestie mam pod swymi skrzydłami, teraz moja w tym rola, by frunęły odpowiednim torem, a nie zbłądziły z niego. Takie zwyczajne spotkania często pozwalają człowiekowi spojrzeć na coś inaczej.
O mamuniu, rozpisałam się tymi różnorakimi przemyśleniami. Chciałam jeszcze dodać, że w tym roku również pomagałam przy kursie na wychowawcę wypoczynku dzieci i młodzieży (no jak mogłoby mnie tam zabraknąć?). Zastanawiam się, ilu z nich wyjedzie na kolonie z CARITAS, a dla ilu będzie to kolejny świstek do CV. Dla mnie to na kolonii rozwinęła się największa przygoda zwana wolontariatem i szkoda, by Oni tego nie doświadczyli.
Jutro kolejny, męczący dzień. Najpierw wyjście z niepełnosprawnymi, potem praca i nocne pisanie prac zaliczeniowych, ale mam nadzieję, że pierwszy wiosenny dzień da mi motywację i siłę do działania.
Pozdrawiam,
Wasza zabiegana wolontariuszka :)
Blog konkursowy dotyczący mojego doświadczenia z wolontariatem w Caritas Diecezji Kieleckiej
wtorek, 20 marca 2018
czwartek, 9 listopada 2017
Gra Miejska
Wiecie, że pracę można pogodzić, a nawet połączyć z wolontariatem w Caritas Diecezji Kieleckiej? Bywa ciężko, ale się da! Przeczytajcie, w czym ostatnio uczestniczyłam.
Zaraz po szkoleniu w Kaczynie, ruszyły przygotowania do rajdu dla wolontariuszy i gry miejskiej. Bardziej skupię się nad tym drugim motywem ze względu na ilość czasu jej poświęconej. Różni wolontariusze, na czele z naszym koordynatorem, przemierzali zaułki Kielc, w deszczu i słońcu, rano i wieczorem, by znaleźć ciekawe zagadki dla uczestników Gry Miejskiej. Czasem było naprawdę ciężko (np. gdy miałam zepsute okulary i nie widziałam zbyt wiele, a tu jeszcze trzeba było odczytywać napisy z pomników), ale dało się odczuć, że było warto (czasem nawet kosztem poświęcenia spotkań z chłopakiem 😝).
Ale jak pogodziłam pracę z grą? Zabrałam na nią moich podopiecznych ze świetlicy! I chodź dotarliśmy spóźnieni, było ciężko "utrzymać język za zębami" przy rozwiązywaniu zagadek na punktach, to widać, ile przyniosło to wszystkim radości. Po półtoragodzinnym bieganiu po mieście (najgorsze, że niezaplanowanym i chaotycznym, oj, odczułam to), moja drużyna zajęła ostatnie miejsce, ale nie widziałam smutku z tego powodu. Każdy zdobył jakiś upominek, zjadł pyszną pizzę, spotkał innych w podobnym wieku i to chyba było najważniejsze.
Nie będę się rozpisywać, czas mnie goni.
Chcę tylko dodać, że już można zgłaszać wolontariuszy w konkursie laurwolontariatu.pl. Pamiętacie, jakie to były dla mnie emocje? Pozwólcie, by inni też mogli ich doznać :)
Zaraz po szkoleniu w Kaczynie, ruszyły przygotowania do rajdu dla wolontariuszy i gry miejskiej. Bardziej skupię się nad tym drugim motywem ze względu na ilość czasu jej poświęconej. Różni wolontariusze, na czele z naszym koordynatorem, przemierzali zaułki Kielc, w deszczu i słońcu, rano i wieczorem, by znaleźć ciekawe zagadki dla uczestników Gry Miejskiej. Czasem było naprawdę ciężko (np. gdy miałam zepsute okulary i nie widziałam zbyt wiele, a tu jeszcze trzeba było odczytywać napisy z pomników), ale dało się odczuć, że było warto (czasem nawet kosztem poświęcenia spotkań z chłopakiem 😝).
Ale jak pogodziłam pracę z grą? Zabrałam na nią moich podopiecznych ze świetlicy! I chodź dotarliśmy spóźnieni, było ciężko "utrzymać język za zębami" przy rozwiązywaniu zagadek na punktach, to widać, ile przyniosło to wszystkim radości. Po półtoragodzinnym bieganiu po mieście (najgorsze, że niezaplanowanym i chaotycznym, oj, odczułam to), moja drużyna zajęła ostatnie miejsce, ale nie widziałam smutku z tego powodu. Każdy zdobył jakiś upominek, zjadł pyszną pizzę, spotkał innych w podobnym wieku i to chyba było najważniejsze.
Nie będę się rozpisywać, czas mnie goni.
Chcę tylko dodać, że już można zgłaszać wolontariuszy w konkursie laurwolontariatu.pl. Pamiętacie, jakie to były dla mnie emocje? Pozwólcie, by inni też mogli ich doznać :)
wtorek, 17 października 2017
Kaczyn, X 2017 r.
Tak jak obiecałam, relacja z ostatniego szkolenia w Kaczynie. Cały projekt nosi nazwę "Aktywne postawy młodzieży - podnoszenie kompetencji, przedsiębiorczości i odpowiedzialności w wymiarze środowiska, a jest realizowany przez Caritas Diecezji Kieleckiej, a współfinansowany ze środków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.
Szkolenie było krótkie, ale intensywne. Na początek zebraliśmy się przed siedzibą Caritas, by stamtąd wyruszyć do pobliskiego Kaczyna. Po zakwaterowaniu, herbatce i słodkim poczęstunku na przełamanie lodów, zaczęliśmy szkolenie od... poznania się! Każdy do kilku zdań o sobie dodawał gest, który został następnie wykorzystany w zabawie w "zwierzątka". Kolejnym sposobem na poznanie innych uczestników była zabawa "ludź do ludzia" oraz wzajemne tworzenie identyfikatorów. Nie zabrakło też wspólnego regulaminu, podziału obowiązków i wyjaśnienia, skąd i dlaczego się tu znaleźliśmy, co zakłada projekt itd. Po jeszcze kilku innych zabawach (które okazało się, że miały wartość dydaktyczną, a nie rozrywkową) przeszliśmy do kolejnego punktu, czyli motywacji, rysowaliśmy swojego "wewnętrznego krytyka" i uczyliśmy się, jak zamienić go w coś pozytywnego. Dostaliśmy też kartki, na których wypisywaliśmy swoje pozytywne cechy w różnych dziedzinach. O dziwo, okazało się to bardzo trudne - powiedzieć coś o sobie dobrego.
Po obiedzie zawitał do nas gość - dziennikarz Radia Em, Piotr Wójcik, który pokazał nam, jak dobrze napisać tekst prasowy, skąd czerpać informacje i jak nie dać się zmanipulować mediom. Po krótkim oddechu i uzupełnieniu zapasów kawy - pora na coś stricte praktycznego, czyli zajęcia artystyczne. Pod okiem naszej niezawodnej Pauliny, przygotowywaliśmy pacynki na palce, które następnie miały utworzyć scenkę "I Ty możesz zostać wolontariuszem". Może nie wszyscy zrozumieli temat, ale na pewno się zaangażowali tak, że w ciągu dwóch godzin powstały maksymalnie dwie pacynki (ale za to jakie piękne).
Po kolacjo-grilu - kolejny moduł, tym razem w formie gry. Wcieliliśmy się w robotników produkujących trampki, którzy przez inflację więcej wydają na materiały niż za nie zyskują, pracują bez ustanku, a nie mają za co zapłacić rachunków itd. Po emocjach związanych z symulacją, mieliśmy chwilę na toaletę wieczorną, a po niej chętni mogli wziąć udział w wieczorze gier towarzyskich. Poszliśmy spać przyzwoicie, po północy 😋
Po niedzielnym śniadaniu i Eucharystii przygotowywaliśmy grę miejską, a następnie prezentowaliśmy owoce swojej pracy. Zeszło nam aż do obiadu, po którym podsumowaliśmy szkolenie. W ramach szkolenia otrzymaliśmy mnóstwo przydatnych gadżetów: zeszyty (przydały się głównie na zajęciach z dziennikarstwa), długopisy i samoprzylepne karteczki (pomocne podczas zajęć integracyjnych), a nawet pendrive'y. Jak widać, czasem warto poświęcić weekend, by nie tylko się rozwinąć, ale i coś otrzymać (a ponadto ja miałam możliwość spędzenia trochę więcej czasu z moim chłopakiem i starszymi podopiecznymi świetlicy, w której pracuję). Zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć wykonanych przez naszego koordynatora.
Szkolenie było krótkie, ale intensywne. Na początek zebraliśmy się przed siedzibą Caritas, by stamtąd wyruszyć do pobliskiego Kaczyna. Po zakwaterowaniu, herbatce i słodkim poczęstunku na przełamanie lodów, zaczęliśmy szkolenie od... poznania się! Każdy do kilku zdań o sobie dodawał gest, który został następnie wykorzystany w zabawie w "zwierzątka". Kolejnym sposobem na poznanie innych uczestników była zabawa "ludź do ludzia" oraz wzajemne tworzenie identyfikatorów. Nie zabrakło też wspólnego regulaminu, podziału obowiązków i wyjaśnienia, skąd i dlaczego się tu znaleźliśmy, co zakłada projekt itd. Po jeszcze kilku innych zabawach (które okazało się, że miały wartość dydaktyczną, a nie rozrywkową) przeszliśmy do kolejnego punktu, czyli motywacji, rysowaliśmy swojego "wewnętrznego krytyka" i uczyliśmy się, jak zamienić go w coś pozytywnego. Dostaliśmy też kartki, na których wypisywaliśmy swoje pozytywne cechy w różnych dziedzinach. O dziwo, okazało się to bardzo trudne - powiedzieć coś o sobie dobrego.
Po obiedzie zawitał do nas gość - dziennikarz Radia Em, Piotr Wójcik, który pokazał nam, jak dobrze napisać tekst prasowy, skąd czerpać informacje i jak nie dać się zmanipulować mediom. Po krótkim oddechu i uzupełnieniu zapasów kawy - pora na coś stricte praktycznego, czyli zajęcia artystyczne. Pod okiem naszej niezawodnej Pauliny, przygotowywaliśmy pacynki na palce, które następnie miały utworzyć scenkę "I Ty możesz zostać wolontariuszem". Może nie wszyscy zrozumieli temat, ale na pewno się zaangażowali tak, że w ciągu dwóch godzin powstały maksymalnie dwie pacynki (ale za to jakie piękne).
Po kolacjo-grilu - kolejny moduł, tym razem w formie gry. Wcieliliśmy się w robotników produkujących trampki, którzy przez inflację więcej wydają na materiały niż za nie zyskują, pracują bez ustanku, a nie mają za co zapłacić rachunków itd. Po emocjach związanych z symulacją, mieliśmy chwilę na toaletę wieczorną, a po niej chętni mogli wziąć udział w wieczorze gier towarzyskich. Poszliśmy spać przyzwoicie, po północy 😋
Po niedzielnym śniadaniu i Eucharystii przygotowywaliśmy grę miejską, a następnie prezentowaliśmy owoce swojej pracy. Zeszło nam aż do obiadu, po którym podsumowaliśmy szkolenie. W ramach szkolenia otrzymaliśmy mnóstwo przydatnych gadżetów: zeszyty (przydały się głównie na zajęciach z dziennikarstwa), długopisy i samoprzylepne karteczki (pomocne podczas zajęć integracyjnych), a nawet pendrive'y. Jak widać, czasem warto poświęcić weekend, by nie tylko się rozwinąć, ale i coś otrzymać (a ponadto ja miałam możliwość spędzenia trochę więcej czasu z moim chłopakiem i starszymi podopiecznymi świetlicy, w której pracuję). Zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć wykonanych przez naszego koordynatora.
![]() |
| Tworzymy pacynki z filcu... |
![]() |
| A teraz szalone miny! |
![]() |
| Zrobiłam żabę na wózku inwalidzkim, a za nią Wolontariusz z anielskimi skrzydłami |
![]() |
| Wyszedł nam bajkowy zwierzyniec, ale przecież każdy może być wolontariuszem |
![]() |
| Wszystko zjemy! |
wtorek, 10 października 2017
Jak przyjemność zamienić w... sposób na życie
Do dzisiejszego postu zainspirowała mnie Młoda Matka. Ja jednak nie chcę się żegnać, ale witać po krótkiej, choć intensywnej przerwie. Co ja robiłam od kolonii? Spotykałam się z moim ukochanym, nadrabiałam domowe obowiązki, szukałam pracy i o tym właśnie będzie ten post.
Z pracą, jak może wiecie, jest ciężko, zwłaszcza jak w swoim CV ma się tylko studia, kilka wolontariatów, kursów i wiele chęci, ale brak kilkunastu lat doświadczenia. Pracy "na poważnie" szukałam od marca - codziennie wysyłałam po kilka CV. Telefon oddzwonił parę razy, nawet gdzieś tam byłam na rozmowie, ale zawsze kończyło się to na niczym. Po powrocie z kolonii byłam przerażona tym, że za kilka dni wrzesień, a ja jestem bezrobotna (i to nawet oficjalnie :P), żadna ze szkół nie chciała tak wspaniałej polonistki jak ja 😃. Tylko mój chłopak wierzył, że może jeszcze gdzieś się załapię, sama sobie też to wmawiałam, a pozostali członkowie rodziny już mieli wizję wiecznego utrzymywania mnie. No cóż, narzekałam tak na jednej z wizyt w siedzibie Caritas i okazało się, że będzie się zwalniało miejsce w jednej ze świetlic środowiskowych. Jakimś dziwnym trafem 😂 miałam przy sobie CV, złożyłam je i udało się!
We wrześniu kilka razy byłam na świetlicy, zobaczyć jak to funkcjonuje, zapoznać z dziećmi, a od hmm... wczoraj (jeśli zdążę dodać ten post wtedy, kiedy zaczęłam pisać) pracuję tam oficjalnie. Praca na świetlicy od szkoły różni się tym, że tu nie jestem specem od jednego przedmiotu, a od ... wszystkich i nigdy nie można się do tego przygotować, tak jak może nauczyciel do lekcji. I często trzeba być baaaaaardzo kreatywnym.
Zaczęłam też studia podyplomowe na kierunku oligofrenopedagogika. "Dokształcam się" do niego również poprzez wolontariat. Jak widać, czasem warto ofiarować trochę swojego wolnego czasu, aby kiedyś więcej zyskać. O swojej pracy opowiem Wam kiedyś więcej. A teraz szykuję się do kolejnego szkolenia w Kaczynie, dobrej nocy :)
Z pracą, jak może wiecie, jest ciężko, zwłaszcza jak w swoim CV ma się tylko studia, kilka wolontariatów, kursów i wiele chęci, ale brak kilkunastu lat doświadczenia. Pracy "na poważnie" szukałam od marca - codziennie wysyłałam po kilka CV. Telefon oddzwonił parę razy, nawet gdzieś tam byłam na rozmowie, ale zawsze kończyło się to na niczym. Po powrocie z kolonii byłam przerażona tym, że za kilka dni wrzesień, a ja jestem bezrobotna (i to nawet oficjalnie :P), żadna ze szkół nie chciała tak wspaniałej polonistki jak ja 😃. Tylko mój chłopak wierzył, że może jeszcze gdzieś się załapię, sama sobie też to wmawiałam, a pozostali członkowie rodziny już mieli wizję wiecznego utrzymywania mnie. No cóż, narzekałam tak na jednej z wizyt w siedzibie Caritas i okazało się, że będzie się zwalniało miejsce w jednej ze świetlic środowiskowych. Jakimś dziwnym trafem 😂 miałam przy sobie CV, złożyłam je i udało się!
We wrześniu kilka razy byłam na świetlicy, zobaczyć jak to funkcjonuje, zapoznać z dziećmi, a od hmm... wczoraj (jeśli zdążę dodać ten post wtedy, kiedy zaczęłam pisać) pracuję tam oficjalnie. Praca na świetlicy od szkoły różni się tym, że tu nie jestem specem od jednego przedmiotu, a od ... wszystkich i nigdy nie można się do tego przygotować, tak jak może nauczyciel do lekcji. I często trzeba być baaaaaardzo kreatywnym.
Zaczęłam też studia podyplomowe na kierunku oligofrenopedagogika. "Dokształcam się" do niego również poprzez wolontariat. Jak widać, czasem warto ofiarować trochę swojego wolnego czasu, aby kiedyś więcej zyskać. O swojej pracy opowiem Wam kiedyś więcej. A teraz szykuję się do kolejnego szkolenia w Kaczynie, dobrej nocy :)
środa, 16 sierpnia 2017
Wakacyjna Akcja Caritas - Kaczyn 02.08 - 15.08
Wróciłam wczoraj z kolonii w Kaczynie (ok. 15 km od Kielc). Jestem wykończona, wręcz wyglądam jak zombie, ale znalazłam trochę energii, by podzielić się z Wami "na świeżo" wspomnieniami. Będzie długo, więc zdjęcia w kolejnym poście.
Na miejscu byłam już przed 10 (02.08.17 r.) wraz z osobami odpowiedzialnymi w tym roku za kolonie - Damianem i Arturem. Wypakowaliśmy materiały przydatne na kolonii i zostawili mnie w oczekiwaniu na dzieciaki. Tych polskich nie było za wiele - 17, jednak hałasowali jakby było ich 50. Ale o tym później. Grupa 50 uczestników z Białorusi dotarła dopiero koło 17:00. Dopiero wtedy mogliśmy zapoznać wszystkich z regulaminami pobytu itd. Musiało to odbywać się przez dwie osoby, które nawzajem się tłumaczyły, aby każdy miał możliwość zrozumienia.
Trzeciego sierpnia odwiedziliśmy Bałtów, ale nie skupiliśmy się na dinozaurach, a "żywych" zwierzętach, niektóre z nich były bardzo egzotyczne (lemury, strusie), inne z "naszego" podwórka, ale dzieci rzadko je widują (kozy, różne gatunki drobiu).
Dopiero 04.08 znaleźliśmy czas na nazywanie grup i spotkania z wychowawcami. Była "Wirtualna szóstka" (moi chłopcy), "Wybrańcy Rarytasu", "Pczółki", "Fixiki" i "Biedroneczki". Popołudnie spędziliśmy na basenie w Morawicy. Ratownicy byli zszokowani tym, że dzieci mają chusty na rękach, by łatwo można było je rozróżnić, wychowawcy widoczne koszuli i, co najważniejsze, sami nie korzystają z atrakcji tylko czuwają nad podopiecznymi. Nawet bariera językowa nie stanowiła większych problemów (może to dzięki zajęciom z języka polskiego, które w tym dniu zostały przeprowadzone). Wieczorem po raz pierwszy zebraliśmy się wspólnie, by zaprezentować swoje grupy. Okazało się, że niektórzy mają niezwykłe talenty - śpiewali, sami pisali teksty itd. Później nie mogło zabraknąć apelu, no i do łóżeczek.
W sobotę postawiliśmy na tzw. "prace społeczno-użyteczne" - starsze grupy pomagały w sprzątaniu pobliskiego kościoła, a młodsze - zbierały szyszki i patyczki z terenu ośrodka. Nie będę zapisywać wszystkich spotkań profilaktycznych, które prowadziłyśmy (zapomniałam dodać, że było 5 wychowawców - ja, Polka - Gosia, i Białorusinki - dwie Bożenki i Ania), zajęć muzycznych, przygotowań do Mszy Świętej i jej samej, podsumuję to na koniec. W sobotę wybraliśmy się też na krótki spacer po okolicy. Okazało się, że najważniejszym punktem dla dzieciaków był sklep (nawet pomimo zakazu lodów, chipsów i napojów gazowanych ze względu na bardzo duże upały). Wieczorem mieliśmy gości - Damiana, Paulinę i Martę, którzy przygotowali dekorację i przeprowadzili czuwanie z kanonami Taizé. Dla młodszych dzieci było trochę nudno, ale twierdziły, że to nawet fajne było, starsi odebrali to w sposób "głębszy".
Niedziela była skupiona na pobycie w ośrodku ze względu na liczne odwiedziny rodziców/opiekunów polskich dzieci. Był mecz polsko- białoruski (zwyciężyliśmy), gry integracyjne, spotkania z wychowawcą, a po południu ponownie przyjechała Paulina, tym razem z zestawem tańców integracyjnych. Przez blisko 2 godziny "wędrowała" wraz z kolonistami po różnych państwach i prezentowała piosenki z nimi związane. Po grillu kontynuowaliśmy "imprezowy" wieczór i przygotowaliśmy kilka skeczy.
Poniedziałek był długo wyczekiwany ze względu na przyjazd do naszego ośrodka Naukobusu z Centrum Kopernika w Warszawie. Zachwyceni byli nie tylko ci mali, ale i ci nieco starsi (a więc kadra, ks. Krzysztof Banasik czy Damian Zegadło). Po południu nie mogło zabraknąć gry w "Numerki" o której pisałam Wam już wielokrotnie. Dzieciaki błyskawicznie odnalazły wychowawców. Wieczorem trochę odpoczynku - wieczór filmowy, który ciągnął się do późnych godzin wieczornych.
08.08 to kolejny dzień wizyty w Centrum Kopernik dla tych, którym mało było eksperymentów. Pozostali rozgrywali mecz piłki nożnej i siatkowej. Po południu, korzystając ze wspaniałej pogody, wyruszyliśmy na spacer po okolicy. Wieczór poświęciliśmy na porządki w domkach i przygotowanie do wyjazdu do Krakowa i po prostu wyspanie się. Po porannej pobudce i nakarmieniu się Słowem Bożym, wyruszyliśmy do Łagiewnik, centrum Krakowa i Aquaparku. Wróciliśmy późno w nocy, ale zachwyceni.
10.08 kolejne atrakcje dla dzieciaków - spotkanie z łucznikiem, a po południu basen. Wieczorem upragniona i wyczekiwana przez kolonistów dyskoteka. W piątek postawiliśmy na przeżycia duchowe i zwiedzaliśmy Święty Krzyż, tam też uczestniczyliśmy we Mszy Świętej. Wieczór podsumowaliśmy Drogą Krzyżową po terenie ośrodka z rozważaniami przygotowanymi przez dzieciaki. W sobotę kolejna wycieczka, tym razem do pobliskich Kielc. Nie zabrakło spotkania z ks. Krzysztofem Banasikiem pod budynkiem jego urzędowania - Caritas Diecezji Kieleckiej (koloniści otrzymali od niego słodki upominek), a także zwiedzania katedry, kieleckiej Sienkiewki, Rynku i chwili w Galerii Echo ze względu na zaopatrzenie grupy z Białorusi na powrót do domu. Po powrocie pokaz talentów uczestników - "Mam Talent w Kaczynie". Większość kolonistów prezentowała talenty wokalne, ale nie zabrakło też tańca i sztuczek magicznych.
Kolejna niedziela w Kaczynie nie przebiegała zbyt intensywnie. Jak zwykle odbyły się zajęcia profilaktyczne, z języka polskiego, mecz polsko-białoruski (ponownie zwyciężyliśmy), Eucharystia a na podsumowanie - dyskoteka. Tego dnia podsumowaliśmy turnus, wręczyliśmy uczestnikom dyplomy i drobne upominki. Dochodzimy do poniedziałku - ostatniego dnia pobytu kolonistów z Białorusi. Poranek spędzili na opuszczaniu i sprzątaniu domków w których mieszkali, a po obiedzie - spotkania profilaktyczne, zajęcia z j. polskiego, quiz "Kocham Cię Polsko", prezentacji zdjęć z kolonii. Wieczorem przybył do nas niezwykły gość - dyrektor Caritas Polska, ks. Marcin Iżycki z prezentami - plecakami wypełnionymi po brzegi przyborami szkolnymi. Dzieciaki poprosiły, by odrazu je poświęcić na wieczornej Mszy Świętej. Tuż przed 22:00 nastąpił potok łez - nikt nie chciał wyjeżdżać z kolonii. Płakali nie tylko koloniści, ale i kadra. Wszyscy bezpiecznie dotarli do Grodna.
Grupa polska kolonię opuszczała 15 sierpnia. Poświęciliśmy ten dzień na Eucharystię, pakowanie i po prostu oczekiwanie na opiekunów.
Kolonia w Kaczynie została zrealizowana w ramach projektu Caritas Polska w partnerstwie Caritas Diecezji Kieleckiej współfinansowana w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczpospolitej Polskiej nad Polonia i Polakami za granicą. Nosił on nazwę "Dzieci, wiosna życia, zadatek przyszłości każdej dzisiejszej ojczyzny - kolonie Caritas dla dzieci polonijnych i polskich". 50 dzieciaków z Białorusi, 17 z Polski, 5 wychowawców, ksiądz, kierownik. Ja ponadto pełniłam funkcję trenera języka polskiego. Było ciężko, gdyż niektórzy uczestnicy znali język polski, inni nie wiedzieli kompletnie nic, a jeszcze inni niby wiedzieli, ale niewiele. Za pomocą autorskiego programu, poprzez zabawę zapoznawałam ich z polską literaturą, przysłowiami, słowami codziennego użytku, gramatyką itd. Osiągnęłam małe sukcesy - miałam kilku chłopców, którzy nic nie mówili po polsku, a po 2 tygodniach rozumieli większość komunikatów po polsku, a i sami się w nim wypowiadali rozbudowanymi zdaniami. Było też kilka osób, które zaparły się i nie chciały nic mówić po polsku, ale nie będę nikogo zmuszać. Polskie dzieciaki pozazdrościły Białorusinom zajęć językowych, więc grupa starszych dziewczyn, na kanwie moich zajęć, uczyła podstawowych słów po rosyjsku.
Prawie każdego dnia (wyłączając całodniowe wycieczki) kadra realizowała program profilaktyczny oparty na nauczaniu Janusza Korczaka. Niektóre tematy były chętnie omawiane przez uczestników, inne mniej, ale wydaje mi się, że całość zajęć można podsumować na plus. Kadra bardzo zżyła się ze sobą, pomagała sobie podczas tłumaczenia, podsuwała różne pomysły i starała się, by dzieciaki wyjechały zadowolone. Wypiliśmy hektolitry kawy z ekspresu, zjedliśmy mnóstwo słodyczy "na pobudzenie" i nieprzespaliśmy mnóstwa godzin. Bariera językowa powodowała wiele śmiesznych sytuacji, np. po otwarciu szafki dziecka i wysypaniu się rzeczy: "Ale tu masz hałas!", uczestnicy chcąc poświęcić plecaki pytali, czy mogą poświęcić portfele, a pierwszego dnia pytały, czy daleko jest magazyn (sklep), gdzie mają schować obuw i kiedy jest zawtra (śniadanie). Problem również był z określeniami pór dnia, godzinami, ale ostatecznie zawsze jakoś się dogadaliśmy.
Każdego dnia odbywała się również Msza Święta z kazaniem a'la rekolekcyjnym dotyczącym kerygmatu. Czasem najmłodsze dzieci miały już dość (znowu kościół?), ale dzielnie wytrwały do końca. Nie zawsze było różowo, były problemy z dzieciakiami, ale po co wspomniać złe, skoro można skupić się na tym, co dobre? W sekrecie dodam, że kilka ostatnich nocy kadra spędziła na graniu w eurobiznes (czuwali w tzw. "zielone noce", a musieliśmy coś zrobić, żeby nie zasnąć). Wróciłam zmęczona, ale zadowolona, że dzieciakom się podobało. (I mojemu chłopakowi też, kilka razy był nam pomóc czy po prostu potowarzyszyć). Może jeszcze tam kiedyś uda mi się być na kolonii.
Na miejscu byłam już przed 10 (02.08.17 r.) wraz z osobami odpowiedzialnymi w tym roku za kolonie - Damianem i Arturem. Wypakowaliśmy materiały przydatne na kolonii i zostawili mnie w oczekiwaniu na dzieciaki. Tych polskich nie było za wiele - 17, jednak hałasowali jakby było ich 50. Ale o tym później. Grupa 50 uczestników z Białorusi dotarła dopiero koło 17:00. Dopiero wtedy mogliśmy zapoznać wszystkich z regulaminami pobytu itd. Musiało to odbywać się przez dwie osoby, które nawzajem się tłumaczyły, aby każdy miał możliwość zrozumienia.
Trzeciego sierpnia odwiedziliśmy Bałtów, ale nie skupiliśmy się na dinozaurach, a "żywych" zwierzętach, niektóre z nich były bardzo egzotyczne (lemury, strusie), inne z "naszego" podwórka, ale dzieci rzadko je widują (kozy, różne gatunki drobiu).
Dopiero 04.08 znaleźliśmy czas na nazywanie grup i spotkania z wychowawcami. Była "Wirtualna szóstka" (moi chłopcy), "Wybrańcy Rarytasu", "Pczółki", "Fixiki" i "Biedroneczki". Popołudnie spędziliśmy na basenie w Morawicy. Ratownicy byli zszokowani tym, że dzieci mają chusty na rękach, by łatwo można było je rozróżnić, wychowawcy widoczne koszuli i, co najważniejsze, sami nie korzystają z atrakcji tylko czuwają nad podopiecznymi. Nawet bariera językowa nie stanowiła większych problemów (może to dzięki zajęciom z języka polskiego, które w tym dniu zostały przeprowadzone). Wieczorem po raz pierwszy zebraliśmy się wspólnie, by zaprezentować swoje grupy. Okazało się, że niektórzy mają niezwykłe talenty - śpiewali, sami pisali teksty itd. Później nie mogło zabraknąć apelu, no i do łóżeczek.
W sobotę postawiliśmy na tzw. "prace społeczno-użyteczne" - starsze grupy pomagały w sprzątaniu pobliskiego kościoła, a młodsze - zbierały szyszki i patyczki z terenu ośrodka. Nie będę zapisywać wszystkich spotkań profilaktycznych, które prowadziłyśmy (zapomniałam dodać, że było 5 wychowawców - ja, Polka - Gosia, i Białorusinki - dwie Bożenki i Ania), zajęć muzycznych, przygotowań do Mszy Świętej i jej samej, podsumuję to na koniec. W sobotę wybraliśmy się też na krótki spacer po okolicy. Okazało się, że najważniejszym punktem dla dzieciaków był sklep (nawet pomimo zakazu lodów, chipsów i napojów gazowanych ze względu na bardzo duże upały). Wieczorem mieliśmy gości - Damiana, Paulinę i Martę, którzy przygotowali dekorację i przeprowadzili czuwanie z kanonami Taizé. Dla młodszych dzieci było trochę nudno, ale twierdziły, że to nawet fajne było, starsi odebrali to w sposób "głębszy".
Niedziela była skupiona na pobycie w ośrodku ze względu na liczne odwiedziny rodziców/opiekunów polskich dzieci. Był mecz polsko- białoruski (zwyciężyliśmy), gry integracyjne, spotkania z wychowawcą, a po południu ponownie przyjechała Paulina, tym razem z zestawem tańców integracyjnych. Przez blisko 2 godziny "wędrowała" wraz z kolonistami po różnych państwach i prezentowała piosenki z nimi związane. Po grillu kontynuowaliśmy "imprezowy" wieczór i przygotowaliśmy kilka skeczy.
Poniedziałek był długo wyczekiwany ze względu na przyjazd do naszego ośrodka Naukobusu z Centrum Kopernika w Warszawie. Zachwyceni byli nie tylko ci mali, ale i ci nieco starsi (a więc kadra, ks. Krzysztof Banasik czy Damian Zegadło). Po południu nie mogło zabraknąć gry w "Numerki" o której pisałam Wam już wielokrotnie. Dzieciaki błyskawicznie odnalazły wychowawców. Wieczorem trochę odpoczynku - wieczór filmowy, który ciągnął się do późnych godzin wieczornych.
08.08 to kolejny dzień wizyty w Centrum Kopernik dla tych, którym mało było eksperymentów. Pozostali rozgrywali mecz piłki nożnej i siatkowej. Po południu, korzystając ze wspaniałej pogody, wyruszyliśmy na spacer po okolicy. Wieczór poświęciliśmy na porządki w domkach i przygotowanie do wyjazdu do Krakowa i po prostu wyspanie się. Po porannej pobudce i nakarmieniu się Słowem Bożym, wyruszyliśmy do Łagiewnik, centrum Krakowa i Aquaparku. Wróciliśmy późno w nocy, ale zachwyceni.
10.08 kolejne atrakcje dla dzieciaków - spotkanie z łucznikiem, a po południu basen. Wieczorem upragniona i wyczekiwana przez kolonistów dyskoteka. W piątek postawiliśmy na przeżycia duchowe i zwiedzaliśmy Święty Krzyż, tam też uczestniczyliśmy we Mszy Świętej. Wieczór podsumowaliśmy Drogą Krzyżową po terenie ośrodka z rozważaniami przygotowanymi przez dzieciaki. W sobotę kolejna wycieczka, tym razem do pobliskich Kielc. Nie zabrakło spotkania z ks. Krzysztofem Banasikiem pod budynkiem jego urzędowania - Caritas Diecezji Kieleckiej (koloniści otrzymali od niego słodki upominek), a także zwiedzania katedry, kieleckiej Sienkiewki, Rynku i chwili w Galerii Echo ze względu na zaopatrzenie grupy z Białorusi na powrót do domu. Po powrocie pokaz talentów uczestników - "Mam Talent w Kaczynie". Większość kolonistów prezentowała talenty wokalne, ale nie zabrakło też tańca i sztuczek magicznych.
Kolejna niedziela w Kaczynie nie przebiegała zbyt intensywnie. Jak zwykle odbyły się zajęcia profilaktyczne, z języka polskiego, mecz polsko-białoruski (ponownie zwyciężyliśmy), Eucharystia a na podsumowanie - dyskoteka. Tego dnia podsumowaliśmy turnus, wręczyliśmy uczestnikom dyplomy i drobne upominki. Dochodzimy do poniedziałku - ostatniego dnia pobytu kolonistów z Białorusi. Poranek spędzili na opuszczaniu i sprzątaniu domków w których mieszkali, a po obiedzie - spotkania profilaktyczne, zajęcia z j. polskiego, quiz "Kocham Cię Polsko", prezentacji zdjęć z kolonii. Wieczorem przybył do nas niezwykły gość - dyrektor Caritas Polska, ks. Marcin Iżycki z prezentami - plecakami wypełnionymi po brzegi przyborami szkolnymi. Dzieciaki poprosiły, by odrazu je poświęcić na wieczornej Mszy Świętej. Tuż przed 22:00 nastąpił potok łez - nikt nie chciał wyjeżdżać z kolonii. Płakali nie tylko koloniści, ale i kadra. Wszyscy bezpiecznie dotarli do Grodna.
Grupa polska kolonię opuszczała 15 sierpnia. Poświęciliśmy ten dzień na Eucharystię, pakowanie i po prostu oczekiwanie na opiekunów.
Kolonia w Kaczynie została zrealizowana w ramach projektu Caritas Polska w partnerstwie Caritas Diecezji Kieleckiej współfinansowana w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczpospolitej Polskiej nad Polonia i Polakami za granicą. Nosił on nazwę "Dzieci, wiosna życia, zadatek przyszłości każdej dzisiejszej ojczyzny - kolonie Caritas dla dzieci polonijnych i polskich". 50 dzieciaków z Białorusi, 17 z Polski, 5 wychowawców, ksiądz, kierownik. Ja ponadto pełniłam funkcję trenera języka polskiego. Było ciężko, gdyż niektórzy uczestnicy znali język polski, inni nie wiedzieli kompletnie nic, a jeszcze inni niby wiedzieli, ale niewiele. Za pomocą autorskiego programu, poprzez zabawę zapoznawałam ich z polską literaturą, przysłowiami, słowami codziennego użytku, gramatyką itd. Osiągnęłam małe sukcesy - miałam kilku chłopców, którzy nic nie mówili po polsku, a po 2 tygodniach rozumieli większość komunikatów po polsku, a i sami się w nim wypowiadali rozbudowanymi zdaniami. Było też kilka osób, które zaparły się i nie chciały nic mówić po polsku, ale nie będę nikogo zmuszać. Polskie dzieciaki pozazdrościły Białorusinom zajęć językowych, więc grupa starszych dziewczyn, na kanwie moich zajęć, uczyła podstawowych słów po rosyjsku.
Prawie każdego dnia (wyłączając całodniowe wycieczki) kadra realizowała program profilaktyczny oparty na nauczaniu Janusza Korczaka. Niektóre tematy były chętnie omawiane przez uczestników, inne mniej, ale wydaje mi się, że całość zajęć można podsumować na plus. Kadra bardzo zżyła się ze sobą, pomagała sobie podczas tłumaczenia, podsuwała różne pomysły i starała się, by dzieciaki wyjechały zadowolone. Wypiliśmy hektolitry kawy z ekspresu, zjedliśmy mnóstwo słodyczy "na pobudzenie" i nieprzespaliśmy mnóstwa godzin. Bariera językowa powodowała wiele śmiesznych sytuacji, np. po otwarciu szafki dziecka i wysypaniu się rzeczy: "Ale tu masz hałas!", uczestnicy chcąc poświęcić plecaki pytali, czy mogą poświęcić portfele, a pierwszego dnia pytały, czy daleko jest magazyn (sklep), gdzie mają schować obuw i kiedy jest zawtra (śniadanie). Problem również był z określeniami pór dnia, godzinami, ale ostatecznie zawsze jakoś się dogadaliśmy.
Każdego dnia odbywała się również Msza Święta z kazaniem a'la rekolekcyjnym dotyczącym kerygmatu. Czasem najmłodsze dzieci miały już dość (znowu kościół?), ale dzielnie wytrwały do końca. Nie zawsze było różowo, były problemy z dzieciakiami, ale po co wspomniać złe, skoro można skupić się na tym, co dobre? W sekrecie dodam, że kilka ostatnich nocy kadra spędziła na graniu w eurobiznes (czuwali w tzw. "zielone noce", a musieliśmy coś zrobić, żeby nie zasnąć). Wróciłam zmęczona, ale zadowolona, że dzieciakom się podobało. (I mojemu chłopakowi też, kilka razy był nam pomóc czy po prostu potowarzyszyć). Może jeszcze tam kiedyś uda mi się być na kolonii.
środa, 19 lipca 2017
Wakacyjny czas
Nie mam zbytnio co ostatnio pisać, więc podzielę się moim niespodziewanym wyjazdem do... ZAKOPANEGO! Ale wszystko po kolei :)
"Tydzień obrony" spędziłam oczywiście w DCW 😜 Oj, no nie umiem inaczej, trochę pracy było przed wyjeżdżającymi turnusami. Zostałam specem od segregacji leków, okazało się, że dużo o nich wiem. Każdy turnus został więc zaopatrzony w lokomotiv, rutinoscorbin i spray na komary 😁 Robiłam też inne rzeczy, ale minął tydzień, a ja już nie pamiętam, co :(
W środę oficjalnie zostałam magistrem filologii polskiej (teraz czekam na oferty pracy, możecie je przesyłać tu. - nie żartuję 😀) na same 5, a po obronie - oczywiście znów do DCW :) Wtedy też wynikł mój nagły wyjazd do Zakopanego - jeden z wychowawców nie mógł wrócić ze swoją grupą, więc go (chyba) godnie zastąpiłam. Dzieciaki były cudowne: w ogóle nie prosiły o postój, nie hałasowały, nie przejadały się, nie budzili w autokarze, po prostu tak, jakby ich nie było. Prawie całą drogę padało, więc pogoda idealna do dłuższej wyprawy - nie było duszno, deszcz wywoływał uczucie senności, co przyczyniało się do "grzeczności". W Zakopanem nie spędziłam wiele czasu, tyle co zjedzenie zupy u naszej kochanej Hani i przywitanie "nowej" i "starej" pani kierownik oraz kadry. Wróciłam zmęczona, ale szczęśliwa i trochę żałowałam, że tam nie zostaję na cały turnus. Ale dziś okazało się, że niedługo sama dostanę gromadkę na kolonii. O tym jednak napiszę już niedługo, na razie przypomniało mi się, że moje konspekty leżą nietknięte😟 Życzę dobrej nocy!😉
"Tydzień obrony" spędziłam oczywiście w DCW 😜 Oj, no nie umiem inaczej, trochę pracy było przed wyjeżdżającymi turnusami. Zostałam specem od segregacji leków, okazało się, że dużo o nich wiem. Każdy turnus został więc zaopatrzony w lokomotiv, rutinoscorbin i spray na komary 😁 Robiłam też inne rzeczy, ale minął tydzień, a ja już nie pamiętam, co :(
W środę oficjalnie zostałam magistrem filologii polskiej (teraz czekam na oferty pracy, możecie je przesyłać tu. - nie żartuję 😀) na same 5, a po obronie - oczywiście znów do DCW :) Wtedy też wynikł mój nagły wyjazd do Zakopanego - jeden z wychowawców nie mógł wrócić ze swoją grupą, więc go (chyba) godnie zastąpiłam. Dzieciaki były cudowne: w ogóle nie prosiły o postój, nie hałasowały, nie przejadały się, nie budzili w autokarze, po prostu tak, jakby ich nie było. Prawie całą drogę padało, więc pogoda idealna do dłuższej wyprawy - nie było duszno, deszcz wywoływał uczucie senności, co przyczyniało się do "grzeczności". W Zakopanem nie spędziłam wiele czasu, tyle co zjedzenie zupy u naszej kochanej Hani i przywitanie "nowej" i "starej" pani kierownik oraz kadry. Wróciłam zmęczona, ale szczęśliwa i trochę żałowałam, że tam nie zostaję na cały turnus. Ale dziś okazało się, że niedługo sama dostanę gromadkę na kolonii. O tym jednak napiszę już niedługo, na razie przypomniało mi się, że moje konspekty leżą nietknięte😟 Życzę dobrej nocy!😉
poniedziałek, 10 lipca 2017
Wracamy!
Wróciłam do "żywych", czyli do Diecezjalnego Centrum Wolontariatu w Kielcach. Wprawdzie jeszcze z "doskoku", ale czasem tak się życie układa :) Choć ostatnio moje życie zajmowała/zajmuje obrona i pisanie pracy magisterskiej, to nie mogło mnie dziś zabraknąć w DCW. Zastanawiacie się pewnie czemu? Bo nasz koordynator ma urodziny :) Nie wiem tylko, czy mogę zdradzić które😝
Było mnóstwo życzeń, prezentów, słodkości. Niestety, urodziny nie zwalniają od pracy, zwłaszcza tak gorącym okresie wakacyjno-kolonijno-projektowym. Trochę pomogłam przy szykowaniu koszulek dla kadry, śpiewniczków dla dzieci i szukaniu kogoś na zastępstwo do kadry (Tak, udało się!) itd. Jutro też tam wpadnę, więc może uda mi się zrobić coś więcej. Do kolejnego postu!
Zapomniałam! W ubiegły poniedziałek byłam na tzw. "odprawie" kolonii do Zakopanego. Dopiero wyjechali, a niedługo już wracają :) Pojechała tam chyba jedna z najbardziej zgranych i/lub sprawdzonych kadr podczas tych kolonii. Zobaczymy, jak ich wrażenia po powrocie :)
Jeśli Wam mało mojego pisania, zapraszam na stronę http://wolontariat.kielce.caritas.pl/ gdzie również znajdziecie kilka moich tekstów. :)
Było mnóstwo życzeń, prezentów, słodkości. Niestety, urodziny nie zwalniają od pracy, zwłaszcza tak gorącym okresie wakacyjno-kolonijno-projektowym. Trochę pomogłam przy szykowaniu koszulek dla kadry, śpiewniczków dla dzieci i szukaniu kogoś na zastępstwo do kadry (Tak, udało się!) itd. Jutro też tam wpadnę, więc może uda mi się zrobić coś więcej. Do kolejnego postu!
Zapomniałam! W ubiegły poniedziałek byłam na tzw. "odprawie" kolonii do Zakopanego. Dopiero wyjechali, a niedługo już wracają :) Pojechała tam chyba jedna z najbardziej zgranych i/lub sprawdzonych kadr podczas tych kolonii. Zobaczymy, jak ich wrażenia po powrocie :)
Jeśli Wam mało mojego pisania, zapraszam na stronę http://wolontariat.kielce.caritas.pl/ gdzie również znajdziecie kilka moich tekstów. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




