Ostatnio miałam dosyć intensywny tydzień, chciałabym trochę Wam o tym opowiedzieć. Zacznijmy może od końca, ostatniego weekendu. Kolejny raz brałam udział w Zbiórce Żywności.
Tym razem byłam wolontariuszem z ramienia stowarzyszenia, w którym robiłam kurs języka migowego. Niektórzy mają dofinansowany kurs, ale w zamian "muszą" odbyć jakieś działania na rzecz Głuchych. Ja również uczestniczyłam w I st. w ramach takich zasad, pomimo, że już dawno odrobiłam swoje zobowiązania, chętnie pomagam dalej. Wiele osób, które mają odbyć takie "praktyki", jest wysyłanych na właśnie zbiórki żywności. Okazuje się jednak, że to, że dorosły człowiek się do czegoś zobowiązuje, to tego nie wypełnia. W piątek i sobotę, pomimo zapalenia gardła, dzielnie stałam i rozdawałam ulotki czy segregowałam produkty, ale niewiele można, gdy wolontariusze nie pojawiają się na stanowisku działania. Przypominam, dorośli, często o wiele starsi ode mnie, ludzie. Istnieją telefony, można dać po prostu znać. Pomimo trudności, w sobotę rano "uzbierałam" 9 pudeł żywności, przez połowę czasu będąc samą. Sądzę, że pokazuje to, że się da. Wystarczy tylko chęci.
Swoją "zmianę" przekazywałam osobom Głuchym. To wyzwanie, wytłumaczyć im, co mają robić. Ostatnio jednak przełamałam się, nie zastanawiam się, jak szło dane słówko, tylko próbuję coś migać. Okazuje się, że się to sprawdza. Byłam chwalona, że "jak na osobę słyszącą" dobrze migam. Wiecie jak to cieszy? Godziny spędzone na kursie nie poszły na marne. I tu jest miejsce, by zmienić wątek.
Starałam się o wolontariat w szkole dla Głuchych i słabosłyszących i mi się to udało! Dziś miałam drugie spotkanie. Powiem Wam, to jest wyczyn, tłumaczyć im język polski. Głusi dzielą się na tych znajomych SJM, PJM i mających swój własny slang. Okazało się, że to, że ja znam PJM, a dziewczynka SJM, jest barierą nie do przeskoczenia. Zresztą, jak wyjaśnić, czym jest metafora lub obraz poetycki komuś, kto wszystko rozumie dosłownie, nie rozumie pojęć czasownik, rzeczownik itd. Ale dziś udało mi się wyjaśnić "na polski" co zostało napisane w "Krzyżakach". Musiałam się też zmierzyć z wyjaśnieniem, czym są liczebniki osobie, która na liczebniki główne, porządkowe i zbiorowe ma ten sam znak. Chyba dałam radę. Rozczuliła mnie dziś dziewczynka z zespołem Downa, która przybiegła i się przytuliła do mnie. A chłopiec stwierdził, że dziś jestem piękna (pomimo mojego zakatarzenia i zmutowanego głosu :). Zdaje sobie sprawę, że podjęłam się bardzo trudnego wolontariatu. No ale przecież trzeba mierzyć wysoko.
Pamiętacie, pisałam ostatnio o remoncie DCW. Kolor, jak dla mnie (niezbyt rozróżniam kolory) jest taki sam, jak był, ale jest tak, hmm przytulniej. Ustawienie zmieniło się całkowicie. Wydaje się, że pojawiło się o wiele więcej miejsca. Stworzono też "pokoik relaksacji", w którym np. jutro będę miała korepetycje z dziewczyną (oczywiście bezpłatne). Przychodzę do wolontariatu w poniedziałki, na chwilę we wtorki i czasem w piątki. Dziś na przykład pomagałam w zaległej pracy papierkowej, w końcu udało się nam zamknąć temat. Oczywiście przygotowujemy się też do Gali Wolontariatu. Ja na przykład kupuję sukienkę :D Ciekawie zapowiadają się moje sobotnie plany, opiszę Wam je po. Szkoda tylko, że magisterka nie chce się sama napisać :) Więc wracam do niej. Dziś bez zdjęć, popsułam telefon. Miłego tygodnia pracy :)
Blog konkursowy dotyczący mojego doświadczenia z wolontariatem w Caritas Diecezji Kieleckiej
poniedziałek, 28 listopada 2016
czwartek, 24 listopada 2016
KrEaTyWnOśĆ tO pOdStAwA
W jeden z listopadowych
weekendów odbyło się kolejne szkolenie współfinansowane przez Kielecki Bank
Żywności oraz Urząd Marszałkowski Województwa Świętokrzyskiego pt. „Wolontariat
– razem możemy więcej”. Tym razem skupiliśmy się głównie na kreatywności, motywacji,
budowaniu zespołu, ale też wsparcia osób zagrożonych wykluczeniem społecznym i
animacji zabaw. W zajęciach brali udział zarówno seniorzy, jak i młodzi, a w
dużej części prowadził je koordynator Diecezjalnego Centrum Wolontariatu w
Kielcach, Damian Zegadło.
Zaczęliśmy
w piątek o godz. 16:00 wyjazdem spod siedziby Diecezjalnego Centrum
Wolontariatu w Kielcach. Wiele z przybyłych osób dopiero rozpoczyna swą
przygodę z wolontariatem, a więc i ze szkoleniami, więc na początek mogli
zapoznać się z ośrodkiem. Po kwestiach organizacyjnych zaczęliśmy działać.
Otrzymaliśmy pod opiekę cytryny, które na te trzy dni miały stać się naszymi
przyjaciółmi. Wykonywaliśmy też ćwiczenia zapoznające nas ze sobą (np. swoją
własną gazetę) oraz pomagające w budowaniu relacji, jak upadanie na dłonie
towarzysza. Nauczyliśmy się też w pełni wykorzystywać metodę burzy mózgów.
Najpierw pisaliśmy wszystkie hasła, które kojarzą nam się ze słowem
„kreatywność”. Kolejnym etapem było wykorzystanie ich do utworzenia nowego,
nieistniejącego słowa, a one pomogły przy tworzeniu nowatorskich, kreatywnych
definicji. Nie zabrakło też integracji przy wspólnym tworzeniu posiłków oraz
podczas gier towarzyskich czy nauce tańców.
Kolejny
dzień przyniósł wiele nowych doświadczeń. Każdy dostał „swojego” seniora, z
którym wykonywał różne ćwiczenia. W praktyce zobaczyliśmy, jak różne sytuacje
uniemożliwiają dobrą komunikację, ale też dowiedzieliśmy się jak temu zaradzić.
Ponownie uczyliśmy się tańców, oczywiście innych. Ciekawym zadaniem było stworzenie
„gniazda bezpieczeństwa” dla zawieszonego u sufitu jajka. Wszystkim drużynom to
się udało, gdyż żadne jajo nie ucierpiało w zderzeniu z gniazdem. Obejrzeliśmy
filmik o siostrze Michaeli Rak, która udowodniła, że można działać nie mając
praktycznie nic. Nie zabrakło też prac manualnych, podczas których tworzyliśmy
laleczki z pończochy. Zaplanowaliśmy, że przekażemy je do hospicjum. Przy ich
tworzeniu pomagała nam Paulina Pietryka, która jest mistrzem w tego typu
rzeczach. Na spotkanie z nami przyjechała też psycholog Lidia Świeboda-Toborek.
Wprowadziła nas w dwa ważne zagadnienia – wsparcie osób zagrożonych
wykluczeniem społecznym oraz ugruntowała naszą wiedzę o kreatywności, pokazała
ciekawe metody pracy.
Wieczór
spędziliśmy na robieniu sałatki owocowej. Nie było to jednak klasyczne
przygotowywanie. Podzieleni byliśmy na zespoły, w których niektórzy mieli
zawiązane oczy, inni ręce lub nie mogli mówić. Co jakiś czas były też zabierane
narzędzia lub wprowadzane dodatkowe utrudnienia. Mieliśmy też obserwatorów,
którzy zapisywali, jak reagujemy na każdą zmianę. To ćwiczenie miało nam
pokazać pewne utarte schematy w działaniu w grupie i reagowaniu na czynnik
stresogenny. Okazało się, że niektóre grupy potrafiły wykorzystać swą
kreatywność i nie poddawać się schematyczności. Wieczorem udaliśmy się też do
pobliskiego kościoła, by adorować Chrystusa przyjętego w tym dniu jako Króla.
Po niej graliśmy w gry towarzyskie, które przyniosły wiele radości.
Niedziela
była mniej aktywna, co nie znaczy, że nie wartościowa. Podsumowaliśmy nasze
ćwiczenie z cytrynami – spojrzeliśmy na
nie inaczej niż zwykle, odnaleźliśmy inne rozwiązania, a także dostaliśmy
inspirację na zatrzymanie wspomnień ze szkolenia na dłużej. Wstaliśmy też z
„kanapy” i próbowaliśmy wymyślić jakiś nowatorskie działanie, w które można
zaangażować wolontariuszy. Okazało się, że powstały pomysły, które można
wcielić w życie. Niedziela była mniej obfitująca w zajęcia warsztatowe, a
bardziej poświęcona wspólnemu spędzaniu czasu oraz budowaniu relacji w grupie.
Szkolenie
można zaliczyć do udanych. Grupa bardzo zintegrowała się ze sobą. Dowiedziała
się wielu rzeczy oraz zabaw, które można wykorzystać dalej, nie tylko w
działaniach wolontaryjnych.
Niestety, ostatnio trochę przychorowałam, a obowiązków nie ubywa, więc mam mniej czasu na pisanie. Wklejam Wam pożyczone zdjęcia i linki, może choć trochę oddadzą atmosferę szkolenia. Chciałabym napisać Wam o tym, jak skończył się remont wolontariatu oraz jakich nowych działań się podjęłam. Dziś jednak nie mam na to siły. Dobrego weekendu!
![]() |
| Tworzymy swoje gazety. |
![]() |
| Zapoznajemy się z "przyjaciółmi" |
![]() |
| I mamy laleczkę! |
![]() |
| Ćwiczenia z komunikacji |
![]() |
| "Ślepy kasjer" |
![]() |
| Spotkanie z psychologiem |
![]() |
| Może mieliśmy trochę ułomności, ale sałatka wyszła pyszna! |
![]() |
| Stwórz coś z niczego... |
![]() | ||||||||
| Robimy sałatkę! |
Zachęcam do zapoznania się!
poniedziałek, 14 listopada 2016
Remont i konkurs
Październik i listopad... Czyżby się nic nie działo w Caritas? Działo się właśnie tak wiele, że nie sposób wszystkiego opisać. Zahaczę więc o dwie sprawy.
W październiku wróciłam na ostatni rok studiów, więc i czasu mniej. Albo gdy ja mam czas, to nasz koordynator prowadzi szkolenia w ramach projektu "Pomagam na maksa". Dlatego też bywam rzadziej w DCW. Jest jeszcze jeden powód... REMONT! Od najwyższego do najniższego piętra, pełno gruzu, pudeł, zamieszania, przeprowadzek... Więc czasem wolę nie przyjść niż tłoczyć się :)
Remont dotarł i do Diecezjalnego Centrum Wolontariatu. Pomagałam, ile mogłam, w przeprowadzce, a raczej wyprowadzce (bo trochę zejdzie). Myślałam, że to niemożliwe, żeby wszystko opróżnić, ale się udało, chociaż rzeczy zajęły bardzo dużo miejsca. I teraz pracownicy są porozrzucani, rzeczy też, ale trzeba działać dalej. A jak prace remontowe? Posuwają się dosyć powoli, bo okazało się, że jest więcej do zrobienia niż zamierzano. Ale już niedługo (oby przed świętami:) się wprowadzimy na nowo. Ciekawe, czy zostanie dawny układ mebli czy coś się zmieni.
Jeśli o pracach mowa, ruszył (a nawet dobiega końca) konkurs na Laur Wolontariatu. Zgłoszenia można kierować do 25 listopada. Ja również w tym roku zgłaszam kogoś, bo pamiętam ile mi to przyniosło radości. Przyszłam pomóc, zobaczyć jak wygląda taka impreza (wcześniej zawsze planowałam, ale nigdy nie docierałam), a wyszłam z nagrodą. Wzięłam mamę ("chodź, nigdzie nie wychodzisz, wstęp bezpłatny, zobaczysz chociaż jak tam sala wygląda") i wyszła z sali z jedną z wygranych. Jak sobie przypominam swoją reakcję na nagrodę, brak składu zdań, itd., to aż się uśmiecham. Warto doceniać innych, jeśli nie nagrodą, to słowami. Ale jeśli ktoś jest ze świętokrzyskiego, to zachęcam do zgłoszenia kogoś. Może wyróżnił się podczas ŚDM-u, pomaga w twojej okolicy? Zgłoś go!
18-20 listopada kolejne szkolenie, obiecuję, że relację z niego przekażę znacznie szybciej :)
W październiku wróciłam na ostatni rok studiów, więc i czasu mniej. Albo gdy ja mam czas, to nasz koordynator prowadzi szkolenia w ramach projektu "Pomagam na maksa". Dlatego też bywam rzadziej w DCW. Jest jeszcze jeden powód... REMONT! Od najwyższego do najniższego piętra, pełno gruzu, pudeł, zamieszania, przeprowadzek... Więc czasem wolę nie przyjść niż tłoczyć się :)
Remont dotarł i do Diecezjalnego Centrum Wolontariatu. Pomagałam, ile mogłam, w przeprowadzce, a raczej wyprowadzce (bo trochę zejdzie). Myślałam, że to niemożliwe, żeby wszystko opróżnić, ale się udało, chociaż rzeczy zajęły bardzo dużo miejsca. I teraz pracownicy są porozrzucani, rzeczy też, ale trzeba działać dalej. A jak prace remontowe? Posuwają się dosyć powoli, bo okazało się, że jest więcej do zrobienia niż zamierzano. Ale już niedługo (oby przed świętami:) się wprowadzimy na nowo. Ciekawe, czy zostanie dawny układ mebli czy coś się zmieni.
Jeśli o pracach mowa, ruszył (a nawet dobiega końca) konkurs na Laur Wolontariatu. Zgłoszenia można kierować do 25 listopada. Ja również w tym roku zgłaszam kogoś, bo pamiętam ile mi to przyniosło radości. Przyszłam pomóc, zobaczyć jak wygląda taka impreza (wcześniej zawsze planowałam, ale nigdy nie docierałam), a wyszłam z nagrodą. Wzięłam mamę ("chodź, nigdzie nie wychodzisz, wstęp bezpłatny, zobaczysz chociaż jak tam sala wygląda") i wyszła z sali z jedną z wygranych. Jak sobie przypominam swoją reakcję na nagrodę, brak składu zdań, itd., to aż się uśmiecham. Warto doceniać innych, jeśli nie nagrodą, to słowami. Ale jeśli ktoś jest ze świętokrzyskiego, to zachęcam do zgłoszenia kogoś. Może wyróżnił się podczas ŚDM-u, pomaga w twojej okolicy? Zgłoś go!
18-20 listopada kolejne szkolenie, obiecuję, że relację z niego przekażę znacznie szybciej :)
Wrześniowe atrakcje - ciąg dalszy
Tegoroczny wrzesień obfitował w mnogość wyjazdów i szkoleń. Jeśli coś pominąłeś, możesz znaleźć je tutaj. Działo się aż tyle, że jeden post nie wystarczył. No więc, zachęcam do czytania :) (Oj ten post piszę już od ponad miesiąca i nie mogę skończyć, przepraszam!)
W jeden z weekendów znowu zawitałam do Kaczyna, tym razem na szkolenie z serii "Wolontariat - razem możemy więcej", a pod tytułem "Mocne ja, mocne działanie". Najpierw się przeraziłam widząc plan zajęć rozpisany co do minuty i to nawet zahaczający o godziny nocne. Okazało się jednak, że nie było to odczuwalne, a nawet chcieliśmy więcej i więcej. Nie będę może opowiadać o całym przebiegu, tym bardziej, że nauczyłam się podlinkowywać :) posty :) Podzielę się moimi wrażeniami. Mieliśmy trójkę "trenerów", psychologa Lidię Świebodę-Toborek, naszego koordynatora Damiana Zegadło i specjalistkę od zadań manualnych - Paulinę Pietrykę. Wiele miejsca poświęcono zagadnieniom dotyczącym kontaktów z osobami cierpiącymi, terminalnie chorymi, wspieraniu ich w tym. Ciekawe jest to, że w szkoleniu brała udział nie tylko młodzież, ale też seniorzy. To dla nich przygotowaliśmy okładki na książki w różnych kształtach, co bardzo im się spodobało. Wiecie, ile serca musiałam włożyć, żeby szyć prosto? Zazwyczaj mam z tym ogromny problem, może to przez mój astygmatyzm, może przez lenistwo. No ale nie o tym. Najwięcej emocji wywołało nagrywanie trzyminutowych filmików podczas których mogliśmy mówić co chcemy, ale żeby zakończyć hasłem "To dało mi moc". Okazało się, że nie jest to proste nawet dla osób uważanych za "gaduły". Ja poległam totalni - śmiałam się, płakałam, chodziłam w kółko... Nie lubię takich sytuacji, wolę pisać niż występować publicznie, chyba, że mam gotowy tekst do wygłoszenia. Ciekawą grą byli "derianie", gdzie uczyliśmy się komunikacji i niwelowania stereotypów. To było dosyć ciekawe doświadczenie, zapewne wykorzystam je w swojej przyszłej pracy.Tyle wspomnień z tego szkolenia.
Koniec września to kolejny wyjazd, ale tym razem bardziej rekreacyjny. Po ŚDMie, koloniach, praktykach potrzebowałam chwili dla siebie. Więc ruszyłam wraz z innymi osobami, które były w tym roku na koloniach i pojechaliśmy do Zakopanego. Szczegółowy opis tutaj.
Było zimno (jak na wrzesień), bez nadmiaru ludzi (aż dziwne w Zakopanem), rodzinnie. Zdradzę Wam coś, czego nie ma w artykule. Był z nami nasz koordynator - Damian, który w tamtym czasie obchodził imieniny. Naszym prezentem było wyjście nad Morskie Oko zamiast na jakieś ogromne masywy (spadły mi te imieniny z nieba, ja tam już padałam, ale mimo to szłam przed siebie, ja się nie lubię poddawać). Okazało się, że panie kucharki i właścicielka ośrodka przygotowały dla niego ucztę imieninową - było pysznie. A żeby było wesoło - graliśmy w Time Up Celebrities. W pozostałe dni towarzyszyło nam Uno, Uga Buga i hmmm nie pamiętam więcej. Ale to fascynujące ile emocji potrafią wzbudzić takie gry. Okazuje się, że to nie rozrywka jedynie dla najmłodszych (a tak myślałam dopóki nie pojechałam na pierwsze ze szkoleń). A góry? No jasne, że piękne. Odwiedziliśmy inne miejsca niż podczas kolonii, nie miałam pod opieką grupy, więc mogłam się skupić na wewnętrznej walce z każdym wzniesieniem. I poznałam bliżej wychowawców, z którymi jeszcze nie miałam okazji współpracować.
Dobrze, że ten wrzesień dawno za nami, strasznie długo go opisywałam. Wierzę, że kolejne miesiące "pójdą" znacznie szybciej. Obiecane fotki:
W jeden z weekendów znowu zawitałam do Kaczyna, tym razem na szkolenie z serii "Wolontariat - razem możemy więcej", a pod tytułem "Mocne ja, mocne działanie". Najpierw się przeraziłam widząc plan zajęć rozpisany co do minuty i to nawet zahaczający o godziny nocne. Okazało się jednak, że nie było to odczuwalne, a nawet chcieliśmy więcej i więcej. Nie będę może opowiadać o całym przebiegu, tym bardziej, że nauczyłam się podlinkowywać :) posty :) Podzielę się moimi wrażeniami. Mieliśmy trójkę "trenerów", psychologa Lidię Świebodę-Toborek, naszego koordynatora Damiana Zegadło i specjalistkę od zadań manualnych - Paulinę Pietrykę. Wiele miejsca poświęcono zagadnieniom dotyczącym kontaktów z osobami cierpiącymi, terminalnie chorymi, wspieraniu ich w tym. Ciekawe jest to, że w szkoleniu brała udział nie tylko młodzież, ale też seniorzy. To dla nich przygotowaliśmy okładki na książki w różnych kształtach, co bardzo im się spodobało. Wiecie, ile serca musiałam włożyć, żeby szyć prosto? Zazwyczaj mam z tym ogromny problem, może to przez mój astygmatyzm, może przez lenistwo. No ale nie o tym. Najwięcej emocji wywołało nagrywanie trzyminutowych filmików podczas których mogliśmy mówić co chcemy, ale żeby zakończyć hasłem "To dało mi moc". Okazało się, że nie jest to proste nawet dla osób uważanych za "gaduły". Ja poległam totalni - śmiałam się, płakałam, chodziłam w kółko... Nie lubię takich sytuacji, wolę pisać niż występować publicznie, chyba, że mam gotowy tekst do wygłoszenia. Ciekawą grą byli "derianie", gdzie uczyliśmy się komunikacji i niwelowania stereotypów. To było dosyć ciekawe doświadczenie, zapewne wykorzystam je w swojej przyszłej pracy.Tyle wspomnień z tego szkolenia.
Koniec września to kolejny wyjazd, ale tym razem bardziej rekreacyjny. Po ŚDMie, koloniach, praktykach potrzebowałam chwili dla siebie. Więc ruszyłam wraz z innymi osobami, które były w tym roku na koloniach i pojechaliśmy do Zakopanego. Szczegółowy opis tutaj.
Było zimno (jak na wrzesień), bez nadmiaru ludzi (aż dziwne w Zakopanem), rodzinnie. Zdradzę Wam coś, czego nie ma w artykule. Był z nami nasz koordynator - Damian, który w tamtym czasie obchodził imieniny. Naszym prezentem było wyjście nad Morskie Oko zamiast na jakieś ogromne masywy (spadły mi te imieniny z nieba, ja tam już padałam, ale mimo to szłam przed siebie, ja się nie lubię poddawać). Okazało się, że panie kucharki i właścicielka ośrodka przygotowały dla niego ucztę imieninową - było pysznie. A żeby było wesoło - graliśmy w Time Up Celebrities. W pozostałe dni towarzyszyło nam Uno, Uga Buga i hmmm nie pamiętam więcej. Ale to fascynujące ile emocji potrafią wzbudzić takie gry. Okazuje się, że to nie rozrywka jedynie dla najmłodszych (a tak myślałam dopóki nie pojechałam na pierwsze ze szkoleń). A góry? No jasne, że piękne. Odwiedziliśmy inne miejsca niż podczas kolonii, nie miałam pod opieką grupy, więc mogłam się skupić na wewnętrznej walce z każdym wzniesieniem. I poznałam bliżej wychowawców, z którymi jeszcze nie miałam okazji współpracować.
Dobrze, że ten wrzesień dawno za nami, strasznie długo go opisywałam. Wierzę, że kolejne miesiące "pójdą" znacznie szybciej. Obiecane fotki:
piątek, 7 października 2016
Wrześniowe spotkania i szkolenia
Ostatni post był o koloniach (mam nadzieję, że ten fragment nie zaginął Wam pośród zdjęć). Wróciłam z nich 14 sierpnia (no, prawie 15). Co zrobiłam zaraz po powrocie? Poszłam do Caritas :P Było przecież wiele pracy związanej z rozpakowywaniem kolonii, itp. Ale nie o tym ma być dzisiejszy post :)
Pod koniec sierpnia (chyba 26) wolontariusze zebrali się, by jak co roku przygotować wyprawki dla podopiecznych Caritas. Wczoraj czytałam artykuł, w którym autorka nawiązywała do takich akcji i komentarzy ludzi na nie. Według nich, skoro jest program 500+, to nie powinno być zbiórek żywności, przyborów czy innych takich. To kompletna bzdura, to jedynie pomoc, nie jest możliwe, by w pół roku poprawić jakość życia milionów. Ale nie o polityce mowa, chciałam tylko nawiązać do tego z pewnych względów. Dzięki darmowym podręcznikom, dodatkowym pieniądzom, wpłynęło trzykrotnie mniej podań o pomoc w formie wyprawki. Bardzo to cieszy.
Pakowanie wyprawek wyglądało podobnie jak w ubiegłym roku: niektórzy chodzą z plecakami, pozostali pakują do nich wyznaczone przedmioty. Tornistry były dostosowane do różnych przedziałów wiekowych, tak jak ich zawartość. Wiadomo, że gimnazjalista potrzebuje cyrkla, a przedszkolakowi z pewnością będzie on niepotrzebny itd.
Wrzesień był dla mnie intensywny ze względu na praktyki, które odbywałam, więc nie mogłam odwiedzać Caritas. Nie opuściłam jednak żadnych weekendowych szkoleń. Najpierw, 10-11 września odbyło się spotkanie kadry kolonijnej Wakacyjnej Akcji Caritas. Pojechałam tam już w piątek wieczorem, by wraz z Damianem, Moniką i Martą przygotować kolejne dni. Myśleliśmy intensywnie do późnych (a może wczesnych) godzin, z nieodłącznym atrybutem spotkań w Kaczynie - frytkami o północy :) W sobotni poranek tuż po 9 zaczęli zjawiać się goście. My wyspani, po śniadanku, niecierpliwie czekaliśmy, by po tak długim czasie spotkać całą kadrę. Niektóre turnusy reprezentowane były przez pełne składy, inne były uszczuplone, ale ważne, że nas aż tyle dotarło. Przy kawie i ciastkach wspominaliśmy, co się wydarzyło podczas kolonii. Pomagały w tym prezentacje multimedialne, filmiki, opowieści... Mogliśmy też dzielić się swoimi problemami, radościami. Każdy wolontariusz otrzymał również podziękowanie za swoją pracę i uścisk dłoni ks. Banasika - to bardzo cenne :) Kilka minut po dwunastej uczestniczyliśmy w Eucharystii sprawowanej w intencji wychowawców, dzieci, kapłanów... Po niej obiadek i chwila oddechu. Nasz kochany kierownik w tym czasie zabrał swoją kadrę na pyszne lody. Chyba około 15:00 rozpoczęła się gra "Walka Mamutów". Uczestnicy zostali podzieleni na obozy, które mogły porozumiewać się miedzy sobą wyłącznie pięcioma słowami, np: "paya", "miti", "ha", "uga", "grrr" (każdy obóz miał swój język). Najpierw mieli zbudować bazę, zwaną macierzą, w której mieli pilnować totemu swojej drużyny. Ich zadaniem było zdobywanie "sysuni", czyli drewnianych klocków, coś w rodzaju pieniądza. Walczyć mogli specjalnymi balonami napełnionymi wodą (okazało się, że już to było dla niektórych trudne do realizacji). Gra miała wiele zasad, których pilnował przypisany do każdej grupy Cieć Maniek (a to byłam ja), nie zabrakło też sanitariusza Maczugi, który rozdawał żyłki - życia. "Nie ma żyłka, nie ma życia uga buga". Może wydawać się to wszystko skomplikowane, ale zabawy był ogrom. A najwięcej, gdy po skończonej grze to na mnie wylądowały niewykorzystane balony :)
Po emocjonującej zabawie było troszkę spokojniej - grill, piosenki kolonijne, wspomnienia, a gdy zrobiło się chłodniej i późno - gry planszowe i karciane. Kolejnego dnia, po śniadaniu, uczestniczyliśmy we Mszy Świętej w pobliskim kościele. Przewodniczył jej bp Marian Florczyk, który wizytował tamtejszą parafię. Po Eucharystii podszedł do mnie i zapytał, skąd mnie kojarzy, nie mogłam nic innego odpowiedzieć, jak "z Caritas". Zaraz potem wróciliśmy do swych domów.
Rozpisałam się w tym poście... W kolejnym więc opiszę kolejne dwa weekendy września :) a na dole kilka zdjęć dla Was :)
Pod koniec sierpnia (chyba 26) wolontariusze zebrali się, by jak co roku przygotować wyprawki dla podopiecznych Caritas. Wczoraj czytałam artykuł, w którym autorka nawiązywała do takich akcji i komentarzy ludzi na nie. Według nich, skoro jest program 500+, to nie powinno być zbiórek żywności, przyborów czy innych takich. To kompletna bzdura, to jedynie pomoc, nie jest możliwe, by w pół roku poprawić jakość życia milionów. Ale nie o polityce mowa, chciałam tylko nawiązać do tego z pewnych względów. Dzięki darmowym podręcznikom, dodatkowym pieniądzom, wpłynęło trzykrotnie mniej podań o pomoc w formie wyprawki. Bardzo to cieszy.
Pakowanie wyprawek wyglądało podobnie jak w ubiegłym roku: niektórzy chodzą z plecakami, pozostali pakują do nich wyznaczone przedmioty. Tornistry były dostosowane do różnych przedziałów wiekowych, tak jak ich zawartość. Wiadomo, że gimnazjalista potrzebuje cyrkla, a przedszkolakowi z pewnością będzie on niepotrzebny itd.
Wrzesień był dla mnie intensywny ze względu na praktyki, które odbywałam, więc nie mogłam odwiedzać Caritas. Nie opuściłam jednak żadnych weekendowych szkoleń. Najpierw, 10-11 września odbyło się spotkanie kadry kolonijnej Wakacyjnej Akcji Caritas. Pojechałam tam już w piątek wieczorem, by wraz z Damianem, Moniką i Martą przygotować kolejne dni. Myśleliśmy intensywnie do późnych (a może wczesnych) godzin, z nieodłącznym atrybutem spotkań w Kaczynie - frytkami o północy :) W sobotni poranek tuż po 9 zaczęli zjawiać się goście. My wyspani, po śniadanku, niecierpliwie czekaliśmy, by po tak długim czasie spotkać całą kadrę. Niektóre turnusy reprezentowane były przez pełne składy, inne były uszczuplone, ale ważne, że nas aż tyle dotarło. Przy kawie i ciastkach wspominaliśmy, co się wydarzyło podczas kolonii. Pomagały w tym prezentacje multimedialne, filmiki, opowieści... Mogliśmy też dzielić się swoimi problemami, radościami. Każdy wolontariusz otrzymał również podziękowanie za swoją pracę i uścisk dłoni ks. Banasika - to bardzo cenne :) Kilka minut po dwunastej uczestniczyliśmy w Eucharystii sprawowanej w intencji wychowawców, dzieci, kapłanów... Po niej obiadek i chwila oddechu. Nasz kochany kierownik w tym czasie zabrał swoją kadrę na pyszne lody. Chyba około 15:00 rozpoczęła się gra "Walka Mamutów". Uczestnicy zostali podzieleni na obozy, które mogły porozumiewać się miedzy sobą wyłącznie pięcioma słowami, np: "paya", "miti", "ha", "uga", "grrr" (każdy obóz miał swój język). Najpierw mieli zbudować bazę, zwaną macierzą, w której mieli pilnować totemu swojej drużyny. Ich zadaniem było zdobywanie "sysuni", czyli drewnianych klocków, coś w rodzaju pieniądza. Walczyć mogli specjalnymi balonami napełnionymi wodą (okazało się, że już to było dla niektórych trudne do realizacji). Gra miała wiele zasad, których pilnował przypisany do każdej grupy Cieć Maniek (a to byłam ja), nie zabrakło też sanitariusza Maczugi, który rozdawał żyłki - życia. "Nie ma żyłka, nie ma życia uga buga". Może wydawać się to wszystko skomplikowane, ale zabawy był ogrom. A najwięcej, gdy po skończonej grze to na mnie wylądowały niewykorzystane balony :)
Po emocjonującej zabawie było troszkę spokojniej - grill, piosenki kolonijne, wspomnienia, a gdy zrobiło się chłodniej i późno - gry planszowe i karciane. Kolejnego dnia, po śniadaniu, uczestniczyliśmy we Mszy Świętej w pobliskim kościele. Przewodniczył jej bp Marian Florczyk, który wizytował tamtejszą parafię. Po Eucharystii podszedł do mnie i zapytał, skąd mnie kojarzy, nie mogłam nic innego odpowiedzieć, jak "z Caritas". Zaraz potem wróciliśmy do swych domów.
Rozpisałam się w tym poście... W kolejnym więc opiszę kolejne dwa weekendy września :) a na dole kilka zdjęć dla Was :)
![]() |
| Cieć Maniek :) |
![]() |
| Narada drużyny... |
![]() |
| Widzicie żyłka uga buga? |
![]() |
| Ktoś tu oszukuje i na ręce pisze dozwolone słowa :P |
![]() |
| Przyczajeni w swojej macierzy... |
![]() |
| Budowa macierzy |
![]() |
| Nie mówimy, więc tylko na siebie patrzmy :) |
![]() |
| O, mam i coś z wyprawek :) |
![]() |
| Zapowiedź kolejnego artykułu... Wkrótce :) |
poniedziałek, 3 października 2016
ŚDM, Kolonie, czyli powrót do bloga
Bardzo potrzebowałam tych kilku miesięcy odpoczynku od bloga. Żałuję jednak, że nie miałam kiedy pisać, gdyż działo się tyle interesujących rzeczy. Postaram się to powoli nadrobić. Wiecie, jak trzeba pisać pracę magisterską, to nawet zamiatanie pustyni jest ciekawsze :)
Światowe Dni Młodzieży. Boże, kiedy to było? Wywarły one jednak ogromny wpływ na ludzi, stereotypy, a także na mnie. Nie mogę więc pominąć tego wątku :)
Najpierw etap diecezjalny - przyjęcie pielgrzymów w parafiach, wydarzenia na poziomie diecezji. Początkowo nikt nie miał do nas przyjechać, "poumawiałam się" więc na pomoc innym parafiom, a tu trach! - goście z Rumunii. Najpierw kilkugodzinne opóźnienie (parafianie śledzący nasz funpage dowozili nam jedzonko - DZIĘKUJEMY!), w końcu są! Pierwsza bariera - komunikacyjna, zmęczone rodziny czekają na pielgrzymów, oni niezbyt wiedzą, co się dzieje. Armagedon... Nagle okazuje się, że niektórzy Rumuni okazują się ... POLAKAMI! Dzięki temu poszło już łatwiej :)
Plan diecezjalny był bardzo intensywny - pantomimy, spotkania, wycieczki. Staraliśmy się jednak pokazać to, co najlepsze, przyjąć najlepiej, przełamać też stereotypy mieszkańców naszej miejscowości. Chyba się udało :)
Podczas tego tygodnia było bardzo intensywnie, kursowałam między swoją parafią, a drugą, odległą, o ok. 35 km, starałam się też pomagać w wydarzeniach w Wiślicy, "wypadło mi" wesele - życie na pełnych obrotach. I jeszcze przed wyjazdem naszych gości ja już byłam w trasie do Krakowa, by podjąć się tam wolontariatu hybrydowego. Byłam przydzielona do Centrum Prasowego. Naszym zadaniem było zrobienie, najczęściej, jednego materiału z zadanego miejsca. Później mogliśmy uczestniczyć w wydarzeniach. Dzięki temu miałam okazję rozmawiać z głuchymi jadącymi tramwajem papieskim, dowiedzieć się historii powstania chlebowego różańca czy dopytać, czemu niektórzy woleli opuścić Błonie i pójść na koncert Rubika. Parę razy widziałam papieża, jednak najważniejsze spotkanie z nim odbyło się w Tauron Arenie na spotkaniu z wolontariuszami. Miałam tam specjalną wejściówkę dla prasy. Przejeżdżał obok mnie, spoglądał na mnie... Nie da się tego opisać. Wtedy papież Franciszek uświadomił mi też swoją nieprzewidywalność, gdy porzucił kartkę z napisanym przemówieniem.
Nie chciałam jechać na ŚDM, gdyż nie lubię takich imprez masowych (tak samo "nie kręci mnie" np. Lednica - PRZEPRASZAM!), ale skusiła mnie opcja wolontariatu. Niektórzy zawarli nowe znajomości, ja patrzę przez pryzmat doświadczenia, które zyskałam. Musiałam się przełamać i dzwonić do różnych instytucji (nienawidzę rozmów telefonicznych z kimś, kogo nie znam lub znam słabo). Goniłam czas - artykuł musiał być szybciej niż wydarzenie. Walczyłam z brakiem weny (pusta karta przez kilka godzin, to jak z moją magisterką). Ale nie żałuję :)
ŚDM się skończyło, a ja ruszyłam... do Zakopanego! Miałam jeden dzień na przepranie, przepakowanie itd., gdyż koloniści już czekali na wyjazd. Kadra, pomimo, że "przypadkowa" - bardzo zgrana. Pod opieką miałam dziewczyny z najstarszej grupy. Dotąd nie miałam tak bezproblemowej grupy. Oczywiście, zdarzały się problemy - nie chciały jeść, przesiadywały u chłopaków itd., ale nie były one tak poważne, jak na innych wyjazdach. Zwiedziliśmy wiele, bardzo wiele, dziś nawet nie pamiętam wszystkich miejsc. Mieszkaliśmy w fantastycznym ośrodku u Hani i Jędrka, gdzie dzieciaki miały domowe jedzenie, mogły go brać do woli. Cóż mogę napisać o koloniach? Ciężko po tak długim odstępie czasu, ale oczywiście zorganizowaliśmy i podchody, i numerki, i chrzest, i wycieczki, i kabarety, spotkanie z góralem... Mnóstwo atrakcji dla dzieciaków. Jeśli mnie tylko zabiorą, to za rok też chcę jechać :) Te kolonie będę też wspominać z jednego powodu, poznałam tam jednego, szczególnego wychowawcę, który został również po kolonii :)
Następnym razem napiszę o równie intensywnym wrześniu, ale teraz czas wracać do magisterki. Płacze, że jej tak mało :) Miłego dnia :)
Światowe Dni Młodzieży. Boże, kiedy to było? Wywarły one jednak ogromny wpływ na ludzi, stereotypy, a także na mnie. Nie mogę więc pominąć tego wątku :)
Najpierw etap diecezjalny - przyjęcie pielgrzymów w parafiach, wydarzenia na poziomie diecezji. Początkowo nikt nie miał do nas przyjechać, "poumawiałam się" więc na pomoc innym parafiom, a tu trach! - goście z Rumunii. Najpierw kilkugodzinne opóźnienie (parafianie śledzący nasz funpage dowozili nam jedzonko - DZIĘKUJEMY!), w końcu są! Pierwsza bariera - komunikacyjna, zmęczone rodziny czekają na pielgrzymów, oni niezbyt wiedzą, co się dzieje. Armagedon... Nagle okazuje się, że niektórzy Rumuni okazują się ... POLAKAMI! Dzięki temu poszło już łatwiej :)
Plan diecezjalny był bardzo intensywny - pantomimy, spotkania, wycieczki. Staraliśmy się jednak pokazać to, co najlepsze, przyjąć najlepiej, przełamać też stereotypy mieszkańców naszej miejscowości. Chyba się udało :)
Podczas tego tygodnia było bardzo intensywnie, kursowałam między swoją parafią, a drugą, odległą, o ok. 35 km, starałam się też pomagać w wydarzeniach w Wiślicy, "wypadło mi" wesele - życie na pełnych obrotach. I jeszcze przed wyjazdem naszych gości ja już byłam w trasie do Krakowa, by podjąć się tam wolontariatu hybrydowego. Byłam przydzielona do Centrum Prasowego. Naszym zadaniem było zrobienie, najczęściej, jednego materiału z zadanego miejsca. Później mogliśmy uczestniczyć w wydarzeniach. Dzięki temu miałam okazję rozmawiać z głuchymi jadącymi tramwajem papieskim, dowiedzieć się historii powstania chlebowego różańca czy dopytać, czemu niektórzy woleli opuścić Błonie i pójść na koncert Rubika. Parę razy widziałam papieża, jednak najważniejsze spotkanie z nim odbyło się w Tauron Arenie na spotkaniu z wolontariuszami. Miałam tam specjalną wejściówkę dla prasy. Przejeżdżał obok mnie, spoglądał na mnie... Nie da się tego opisać. Wtedy papież Franciszek uświadomił mi też swoją nieprzewidywalność, gdy porzucił kartkę z napisanym przemówieniem.
Nie chciałam jechać na ŚDM, gdyż nie lubię takich imprez masowych (tak samo "nie kręci mnie" np. Lednica - PRZEPRASZAM!), ale skusiła mnie opcja wolontariatu. Niektórzy zawarli nowe znajomości, ja patrzę przez pryzmat doświadczenia, które zyskałam. Musiałam się przełamać i dzwonić do różnych instytucji (nienawidzę rozmów telefonicznych z kimś, kogo nie znam lub znam słabo). Goniłam czas - artykuł musiał być szybciej niż wydarzenie. Walczyłam z brakiem weny (pusta karta przez kilka godzin, to jak z moją magisterką). Ale nie żałuję :)
![]() |
| Koncert na kieleckiej Kadzielni "Happy Day" |
![]() |
| Tauron Arena - wspólna zabawa wolontariuszy |
![]() |
| Poznajecie? :P |
![]() |
| Spotkanie wolontariuszy |
![]() |
| Moje identyfikatory |
![]() |
| A może by tak wstąpić do zakonu? - Centrum Powołaniowe |
![]() |
| Z Martą, z którą spędzałyśmy czas, gdy nie pracowałyśmy. Oczywiście jogurt z logo ŚDM :) |
![]() |
| Peleryny się przydały już na samym początku :) |
![]() |
| "Nasi" Rumunii w Wiślicy |
![]() |
| Nie pojechałam na Brzegi, ale miałam podgląd na wydarzenia. W Centrum Prasowym |
![]() | ||
| Teraz piszę dla Was bloga i piję z kubka, który otrzymałam z parafii Brzeziny :) |
![]() |
| Nasi koloniści |
![]() |
| Mniej oficjalnie :P |
![]() |
| Fenomen turnusu |
![]() |
| Jak tu pięknie... |
![]() |
| Zapomniałam o jaskini! |
![]() |
| i jest nasz góral! |
![]() | |
| Logo mojej grupy |
![]() |
| Dzieciaki, chwila relaksu, zmachałam się :P |
![]() |
| Chyba siedzą zbyt grzecznie, coś tu nie gra ... |
![]() |
| widok z okna |
![]() |
| Hej ho, hej ho, na podchody by się szło :) |
Następnym razem napiszę o równie intensywnym wrześniu, ale teraz czas wracać do magisterki. Płacze, że jej tak mało :) Miłego dnia :)
niedziela, 3 lipca 2016
Wakacje
Dzieje się, dzieje się bardzo dużo. Dni są podobne do siebie, a tylko kartki w kalendarzu pokazują, jak szybko upływa czas. Już lipiec, Światowe Dni Młodzieży za pasem, kolonie odjeżdżają i przyjeżdżają. Media co chwilę dopytują o nasze działania. Na komputerze wciąż otwarty jest pusty plik z tytułem "magisterka". Chciałabym już pojechać na kolonie, do Zakopanego, móc pobawić się z dziećmi, wysłuchać ich problemów, zwiedzić z nimi nowe miejsca. Niestety, na razie nie mam siły wstawiać postów na blog. Takie wewnętrzne "nie chce mi się", może dlatego, że mimo wakacji wciąż jest mnóstwo do zrobienia, głównie pod kątem ŚDM. Na blog powrócę podczas (znając życie po) kolonii, bo chciałabym dzielić się tym, co kocham. Podczas ŚDM-u raczej nie będę miała kiedy pisać. Także, ogłaszam |WAKACJE|! Chociaż pewnie długo nie wytrzymam, w moim słowniku nie ma takiego słowa :)
Ciepłych, ale nie upalnych dni, pogody ducha i dużo szczęścia na te licpwe dni :)
Ciepłych, ale nie upalnych dni, pogody ducha i dużo szczęścia na te licpwe dni :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)













































