sobota, 30 kwietnia 2016

Kwietniowy skrót wydarzeń

Tak, wiem, wszyscy pytają, kiedy będzie kolejny wpis... Więc jest dziś :) Studia niestety utrudniają mi częstsze pisanie, ale kilka przedmiotów już skończyłam, więc może znajdę więcej czasu. Nie jest też dla mnie komfortowa sytuacja, gdy opisuję jakieś wydarzenie na stronę ŚDM diecezji kieleckiej, w gazetce parafialnej czy jeszcze w kilku innych miejscach, to nie mam pomysłu jak to samo opisać na blogu. A nie chcę też, by były to wpisy "kopiuj-wklej", gdyż wiem, że czekacie na kolejne wpisy z utęsknieniem. A więc, co się działo w ciągu ostatniego miesiąca?

Diecezjalne Centrum Wolontariatu, wraz z Diecezjalnym Centrum ŚDM, przygotowało studniówkę dla 200 wolontariuszy. Odbyła się ona 10 kwietnia w Wojewódzkim Domu Kultury w Kielcach. Uczestnicy ubrani byli w stroje nawiązujące do kultury/kolorystyki innych narodowości. Pomagałam w przygotowaniu kanapek oraz witałam gości i kierowałam do odpowiedniej sali. Impreza udała się fantastycznie - wszyscy wychodzili z niej zadowoleni, a najszczęśliwsi okazali się Ci, którzy wygrali darmowe pakiety pielgrzyma na Światowe Dni Młodzieży w Krakowie. Studniówka miała jednak jeden minus - trwała zbyt krótko :)

Przez 4 soboty kwietnia trwał kurs wychowawcy wypoczynku organizowany przez Caritas Diecezji Kieleckiej. Miałam okazję być na nim podczas jednego dnia i uczestniczyć w zajęciach praktycznych z zabaw. To była doskonała okazja do przypomnienia sobie jak można bawić się z dziećmi na koloniach. A przyda mi się to na pewno, gdyż już zapisałam się na jeden turnus.

O wyjeździe do Poznania już pisałam, więc nie będę się powtarzać :) Natomiast 19 kwietnia odbył się Marsz Żonkila. Muszę się przyznać, że nie pomagałam przy jego organizacji, tylko przyglądałam się z boku. Jest mi bardzo wstyd, ale człowiek uczy się na błędach. Byłam jednak pozytywnie zaskoczona, jak dobrze on wypadł. Tłum (nie wiem, około 500?) na żółto ubranych dzieci radośnie wymachiwał żonkilami, tańczył i bawił się na kieleckich ulicach.

24 kwietnia odbyła się kolejne wyjście w ramach "Odkrywania diecezji". W końcu mogę zdradzić, że wolontariusze przybyli w "moje" strony. Zwiedzili Górę Perzową w Hucisku, Kościół Parafialny w Strawczynie oraz zalew w tej samej miejscowości, Niedźwiedź, Rudę Strawczyńską. Wyjście nie zapowiadało się korzystnie - padało, było zimno. Nasz koordynator zamierzał je nawet odwołać, jednak zawzięliśmy się i powiedzieliśmy nie! I podczas całego wyjścia świeciło piękne słońce, wręcz było mi za gorąco. Wyjście chyba się podobało, pomimo, że trwało 5 godzin, jednak minęły one bardzo szybko. Nie wiem tylko, czy uczestników następnego dnia bolały nogi :)

Ostatni tydzień był dość intensywny, 26 kwietnia odbyła się kolejna "Herbatka z aureolą", tym razem ze św. Faustyną Kowalską. Kolejnego dnia 60 osób: wolontariusze, siostry zakonne, pracownicy Caritasu i ich rodziny wybrali się na film "Bóg nie umarł 2". Skoro byliśmy na pierwszej części, nie mogliśmy pominąć drugiej :) Ciekawostką jest, że w jednym z początkowych dialogów, lektor przetłumaczył: "zejdź na dół, bo przyjechali ludzie z Caritasu do zabrania rzeczy". To wywołało salwę śmiechu, poczuliśmy, że film skierowany jest do nas (później już tłumaczono to jako Armię Zbawienia). Nie będę streszczać filmu ani oceniać, dam Wam szansę go obejrzeć. Powiem tylko jedno: pierwsza część wywarła na mnie takie wrażenie, że chciałam wyjść i krzyczeć "Bóg nie umarł", a teraz już nie było tego efektu "wow". Ale polecam :)

Oczywiście DCW nie żyje tylko imprezami! Ruszyły zapisy na kolonie - zarówno dla uczestników, jak i wychowawców, kierowników. Wiąże się  z tym ogrom pracy, dokumentów. Ponadto trwają ostatnie poprawki nad naszą nową stroną internetową, ale zanim ona ruszy, trzeba trochę do niej napisać informacji :) Wciąż zgłaszają się nowi wolontariusze, są organizowane dla nich szkolenia, a to wiąże się również z masą dokumentów, zaświadczeń itd. Co mogę, to pomogę :) A jak nie mogę, to namieszam :P Najbliższy czas będzie jednak obfity w różne wydarzenia, jeśli będę w czymś uczestniczyć, to postaram się opisać. Na pewno 9 maja w Hospicjum Stacjonarnym Caritas w Kielcach odbędzie się uroczysta Msza Święta, po której zostanie przekazany telewizor jako dar serca od wolontariuszy Światowych Dni Młodzieży. Niestety, mam wtedy ważne zajęcia, więc nie będę mogła tam być. Kolejnego dnia odbędzie się kolejne "Odkrywanie diecezji", tym razem na rowerach, jednak wtedy też nie mogę być. A w najbliższy czwartek kolejne odliczanie "Coraz bliżej ŚDM", na którym .... też nie będę :( Mam wtedy zajęcia z języka migowego.

Muszę się czymś pochwalić. Miałam w tym tygodniu, 26 kwietnia, urodziny. Dostałam mnóstwo prezentów, jak nigdy! Od koleżanek z uczelni bezglutenowe babeczki, słodycze, kosmetyki. Jednak to blog o Caritas, więc pewnie też coś tam dostałam :) Rano przyniosłam do DCW dwa rodzaje ciasta: piaskowo-galaretkowe i snickers. W imieniu wszystkich, przez ręce naszego koordynatora, dostałam, w pięknej torebce z logiem Caritas, książkę "Ojca Leona dobre myśli na każdy dzień", koszulkę... oczywiście Caritas oraz maskotkę-owieczkę. Dołączyła do stada tych przywiezionych z Karpacza :) Później dostałam też prezenty od wolontariuszek - od Moniki misia, który już zyskał miano Felka oraz od Marty pyszne Merci. Dostałam też mnóstwo życzeń, czy to na "herbatce", w DCW czy na ulicy. To bardzo miłe :) Nie miłe to, że mam tyle lat :)

Jutro będę wolontariuszką na festynie, wierzę, że uda mi się go Wam opisać. To nie wszystko, co przydarzyło się w kwietniu, ale tyle na ten moment pamiętam. Pozdrawiam i życzę udanego długiego weekendu :)

P. S. Wstawię kilka zdjęć z "Odkrywania diecezji" :)

W strawczyńskim kościele

Hej ho, hej ho, na Perzówkę by się szło - z przewodnikiem

Pod grotą skalną, w której znajduje się kaplica św. Rozalii

Na szczycie!

Pozdrawiamy sprzed kościoła w Strawczynie!

Powitanie w Rudzie Strawczyńskiej

Na schodach prowadzących ku grocie.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Gdzie chrzest, tam nadzieja!

Moi Kochani Czytelnicy! Nie pisałam równo od miesiąca, za co bardzo przepraszam. Wiem, że czekaliście. Nie znaczy to, że nic nie robię, ale właśnie za dużo mam na głowie. Dziś opiszę najświeższe wydarzenie, a poprzednie - zaoferuję w wersji odgrzewanej :) 

Gdyby nie wolontariat, nie odwiedziłabym wielu miejsc. Czy to na koloniach czy na takich wyjazdach jak ten, z którego wróciłam wczoraj wieczór. Już kilkukrotnie pisałam, że DCW i ŚDM to dla mnie powiązane sprawy, a potwierdziło się to również w ten weekend. Ale do rzeczy.

Pracownicy Diecezjalnego Centrum Wolontariatu (vel Caritas) często integrują się poprzez wspólne wyjazdy. Opisywałam już wyjazd na spotkanie z ojcem Bashoborą czy pielgrzymkę w intencji ŚDM. W sobotę i niedzielę byliśmy na obchodach 1050 rocznicy Chrztu Polski w Poznaniu. Dziewięcioosobowa grupa pracowników i wolontariuszy wyruszyła w sobotę  o 3:30 spod budynku Caritas - bo gdzie indziej moglibyśmy zacząć? Pomimo niewyspania, podróż zaczęliśmy od modlitwy i wspólnego śpiewu. Po tak rozpoczętym dniu, mogliśmy jeszcze na chwilę przymknąć oczy :P  Koło 9:00 dotarliśmy do Poznania, gdzie w kościele św. Rocha modliliśmy się przy relikwiach bł. Sancji Szymkowiak. Kolejnym punktem na naszej trasie była katedra poznańska, gdzie dzień wcześniej odbywały się uroczystości związane z rocznicą Chrztu Polski. Wprawdzie wciąż pod ostrzałem kamer, ale już bez tłumów, zwiedziliśmy katedrę. Poświęciliśmy też kilka minut na zwiedzanie rynku i nie pożałowaliśmy. Spotkaliśmy ks. Grzegorza Suchodolskiego, sekretarza generalnego Komitetu Organizacyjnego ŚDM, wraz z rzecznikiem prasowym ŚDM, Dorotą Abdelmoulą, oraz dwoma osobami, których personaliów nie zdołam przytoczyć. Nie mogło zabraknąć wspólnego zdjęcia :)
Po szybkim zwiedzaniu ruszyliśmy na stadion INEA w Poznaniu, gdzie miała miejsce Msza Święta jako wdzięczność za decyzję Mieszka I w 966  roku. Bóg był dla nas łaskawy, gdyż cały stadion był "chrzczony" wodą lejącą się z nieba, a my mieliśmy miejsca pod daszkiem. Od 10:00 do 14:00 trwały śpiewy i modlitwy nawiązujące do Chrztu Polski. O 14:00 rozpoczęła się msza, której przewodniczył legat papieski Jego Eminencja Pietro Kardynał Parolin Sekretarz Stanu Stolicy Apostolskiej. Ciekawym doświadczeniem był udział w Eucharystii prowadzonej w języku łacińskim. Według mnie podkreślało to uroczysty charakter tego wydarzenia. Podczas mszy chrzest, bierzmowanie i komunię po raz pierwszy przyjęły dwie kobiety - Aleksandra i Roksana. Trudno zrelacjonować mi przebieg Eucharystii, gdyż nie skupiałam się na szczegółach, a jej osobistym przeżyciu. Po mszy mieliśmy kilka godzin do spektaklu "Jesus Christ Super Star". Spędziliśmy je na wspólnych rozmowach czy posiłku. Musical rozpoczął się z małym poślizgiem, ok 19:20. Sceneria idealnie wkomponowała się w gwieździste niebo. Sztuki jednak nie chcę komentować, gdyż wciąż zastanawiam się nad jej przekazem, ale wizualnie robi wrażenie.
O 23:00 dotarliśmy do urokliwego Powidza, gdzie spaliśmy w ośrodku prowadzonym przez sympatycznego wójta Jakuba Gwita. Zmęczeni podróżą, wrażeniami, szybko zasnęliśmy. Miałam pokój z Anią, Martą i Pauliną, a męska część załogi spała w innym budynku. Tuż po 6:00 obudziły mnie promienie słońca, a gdy wyjrzałam za okno - ujrzałam ogromne jezioro. Starając się nie obudzić nikogo, poszłam napawać się pięknem świata. Czas stanął na chwilę w miejscu, czułam się jak we śnie. Miałam wtedy możliwość przemyślenia kilku problemów, z którymi się borykam, jednak w tamtym miejscu stały się one błahostką. Po sytym śniadaniu wyruszyliśmy autobusem do lotniska wojskowego w Powidzu. Jako jedni z nielicznych mieliśmy okazję przekroczyć jego mury, aby przywitać symbole Światowych Dni Młodzieży. Naszą "delegację" wymieniono nawet podczas oficjalnego przywitania gościu. To wtedy pierwszy raz spotkałam Prymasa Polski, abp Wojciecha Polaka, face to face. Przyznaję szczerze, że jestem mile zaskoczona, nie sądziłam, że jest on tak przyjazny i otwarty na ludzi. Był tam też poznany wcześniej ks. Suchodolski, delegacje z różnych miejsc oraz samolot K.A.S.A., który przywiózł symbole ŚDM. Pomimo deszczu, wszystko przebiegło sprawnie  i według harmonogramu. Kolejnym punktem było nadanie powidzkiemu skwerowi nazwy Światowych Dni Młodzieży. Stoi na nim jedyna w Polsce kapliczka Ducha Świętego. Byłam zszokowana, że sam Prymas święci skwer w takiej dosyć małej miejscowości. Następnie udaliśmy się do pobliskiego kościoła. Podczas homilii Prymas nawiązywał do krzyża, chciał, by każdy go dotknął i poczuł, jak on jest ważny w naszym życiu.
Po uroczystej Eucharystii, wszyscy (Tak, tak, Prymas, biskupi, księża też) udali się na bigos i kiełbaskę do pobliskiej restauracji. Były pyszne! Wtedy też ponownie rozmawialiśmy z Prymasem. To dla mnie fascynujące, zawsze myślałam, że osoby będące tak wysoko w hierarchii kościelnej raczej stronią od kontaktu z ludźmi, na szczęście się myliłam! Po pożegnaniu z wójtem i prośbą o kontakt, gdy będzie na ziemi kieleckiej, ruszyliśmy dalej.
Jak to mamy  w zwyczaju, nie jechaliśmy prosto do Kielc, tylko zbłądziliśmy do domu św. Faustyny Kowalskiej w Głogowcu. Podczas drogi powrotnej graliśmy w różne gry, żartowaliśmy, po prostu byliśmy ze sobą.
Chyba trochę chaotycznie, jednak emocje są wciąż we mnie żywe. Podczas wyjazdu działo się wiele śmiesznych sytuacji, np. nasz Koordynator Wolontariatu (Damian Zegadło jakby ktoś zapomniał) wciąż był brany za księdza :) To właśnie jego wykonania są zdjęcia, które wstawiam poniżej. DI ao następnego postu! A zadanie na dziś - dowiedz się, kiedy był Twój chrzest :)


Polonez "w rytmie" pieśni z okazji Chrztu Polski

Posiłek w Powidzu :)

O! Kogo my tu mamy?

Chyba nie muszę podpisywać :)

Z bł. Sancją Szymkowiak

Symbole ŚDM właśnie dotarły na płytę lotniska wojskowego w Powidzu

W oczekiwaniu na symbole ŚDM

Bł. Sancjo Szymkowiak - módl się za nami!

Selfie z K.A.S.A. musi być :)

Przy relikwiach św. Faustyny Kowalskiej - patronki ŚDM

Pod katedrą w Poznaniu

Ta i inne fotografie autorstwa Damiana Zegadło :)

Zobaczcie koło kogo stoję!

Symbole ŚDM w powidzkiej świątyni

Stańcie sobie jakoś kreatywnie!

Ale że jak ta flaga ma iść?

Dzień wcześniej w kaplicy za nami prezydent RP złożył kwiaty

czwartek, 17 marca 2016

W prawie telegraficznym skrócie

W tym tygodniu wiele czasu spędziłam w Diecezjalnym Centrum Wolontariatu, jednak głupio mi nawet to opisywać, gdyż nie zrobiłam tam nic... DCW stało się raczej taką odskocznią od nadmiaru obowiązków, miejscem odpoczynku, a nie pracy. Nie zmienia to faktu, że ogólnie w wolontariacie działo się sporo. Postaram się to pokrótce streścić.
We wtorek spędziłam w wolontariacie 2 godziny... Jak zawsze był tam tłum ludzi, zamieszanie, wynikło z tego tyle, że nic nie zrobiłam konkretnego. Później pojechałam na "Herbatę z aureolą", na której jakoby też byłam wolontariuszem, a nie gościem, gdyż pełniłam funkcję "kelnerki" i "odźwiernego". Przybyła rekordowa liczba osób - 48, a zwykle jest około 25-ciu. Niestety, więcej nie mogę zdradzić, gdyż piszę na ten temat reportaż, który nie może być wcześniej publikowany, nawet we fragmentach :)
Środa była bardzo emocjonującym dniem, gdyż  odbywało się wtedy spotkanie dla wolontariuszy zaangażowanych w przygotowania do ŚDM. Oczywiście wpadłam wcześniej, aby pomóc w przygotowaniach, jednak zbyt wiele się nie napracowałam, ot, coś spakować, dokupić itd. Podczas spotkania pełniłam rolę "bileterki", gdyż było to pierwsze spotkanie biletowane. Ułatwiło to bardzo organizację, wiedzieliśmy, ile przygotować krzeseł czy poczęstunku, kto będzie obecny itd. Dowiedzieliśmy się na nim, co zrobić w ramach ŚDM, skoro zostało tak mało czasu, dlaczego jechać i jak zachęcić do tego innych.
Dziś,w czwartek, po zajęciach i praktykach wpadłam do DCW, aby sie "przechować" przed kursem języka migowego, gdyż mam zbyt daleko, by wracać do domu. To kolejny dzień, w którym DCW "żyło" wizytami różnych gości, więc też nic nie zrobiłam konkretnego.
Z jednej strony jest mi bardzo głupio, że nie pomagam w niczym, mniej się angażuję, rzadziej przychodzę, ale  drugiej cieszę się, że znalazłam takie miejsce, w którym mogę odetchnąć od codzienności. Nie ma tu pośpiechu, mnóstwa obowiązków, mogę przestać myśleć o tym, czego jeszcze nie zrobiłam, a powinnam. Tu czas płynie własnym tempem. W ostatnim okresie tego mi najbardziej brakuje, a w DCW znajduję swoją oazę.

piątek, 11 marca 2016

Zbióka żywności

Już w niedzielę zapowiedziałam naszemu koordynatorowi, że nie będę miała kiedy przyjść do caritas, bo mam bardzo ciężki tydzień. Okazało się, że byłam częściej niż zazwyczaj :)
Najpierw zatęskniłam już we wtorek, wszystko mnie denerwowało, a w DCW mogę nie myśleć o problemach, tylko zrelaksować się. A że wtedy był Dzień Kobiet, to otrzymałam nawet prezent - prymulę w doniczce, właśnie spoglądam na nią na parapecie.W środę Arek, jeden z pracowników DCW, miał urodziny, więc z samego rana przybiegłam złożyć mu życzenia. A w czwartek, Dzień Mężczyzn, więc już o 8 rano przyszłam ze słodkim upominkiem dla pracowników. Nie mieli ode mnie dużo odpoczynku, gdyż zaraz po w-f-ie i praktykach znów przybyłam. Najpierw wpisałam dane wolontariuszy do systemu, ale nie było ich wiele, więc zaraz przeszłam do prywatnych spraw :)
Chyba już wspominałam, że w ramach ŚDM korzystam z kursu dziennikarskiego.  Jednym z zadań jest opisanie sylwetki jakiejś osoby angażującej się w diecezji. Przez moje lenistwo (no cóż, nie chciało mi się nigdzie szukać) wybrałam naszego koordynatora wolontariatu, jednak po wysłuchaniu jego historii nie żałuję tego. Może podzielę się kiedyś efektami mojej pracy, jednak nie o tym chciałam dziś pisać.
Chodząc na kurs języka migowego kilka miesięcy temu, zobowiązałam się, że  razie potrzeby pomogę wolontaryjne w jakieś akcji. Niedawno do mnie zadzwoniono i zapytano, czy mogłabym pomóc przy zbiórce żywności. Odparłam, że oczywiście, przecież mam doświadczenie. Słowo się rzekło, więc dziś nastąpił ten dzień. Tak wiem, tu właśnie przestajesz czytać, już tyle razy opisywałam zbiórkę żywności. Ale nie ma dwóch takich samych akcji, zawsze coś mnie zaskakuje, uczę się czegoś nowego, uświadamiam sobie coś, tak też było dziś.
Dzisiejszą zbiórkę odbywałam w ogromnym sklepie, nie będę reklamować, ale to moja pierwsza akcja w budynku tej sieci. Pierwszym zaskoczeniem było, że stoję bezpośrednio za kasami, zazwyczaj równocześnie byłam przy wejściu i wyjściu. Kolejnym: to, że mam osobie głuchoniemej wytłumaczyć zakres obowiązków. Miałam zazwyczaj standardowe formuły, które zawsze się sprawdzały, a tu co kazać jej robić? Wraz z inną, zbliżoną do siebie wiekowo, wolontariuszką, miała rozdawać ulotki, a ja zajęłam się pakowaniem, układaniem i dziękowaniem klientom za zakupione towary. Na początku było dość mizernie, nikt nie chciał podzielić się zakupami. Po jakiś 20 minutach od rozpoczęcia przyszła pani z pełnym koszykiem produktów dla nas i powiedziała, że ma dobrą rękę, więc dzięki niej zacznie się nam powodzić. Nie uwierzycie, ale momentalnie kosz zaczął się zapełniać. Niektórzy oddawali nam połowę zakupów, inni wrzucali to, co mogli sobie odjąć z zakupów. W tym sklepie, pewnie dzięki temu, że stał przy kasie, był olej oraz cukier. To dobrze, bo może pamiętacie, że w innych sklepach są np. głównie makarony czy mąki. Dzięki temu, że w każdym sklepie inne produkty są wrzucane, paczki dla najuboższych są skomponowane  w różnorodne składniki. Podczas zbiórki spotkałam panią z uczelnianego sekretariatu. Stwierdziła, że jak mnie zobaczyła, to głupio byłoby jej nie wrzucić nic do kosza. Taki aspekt "aj to znajomy, wstyd nie wrzucić" sprawdza się również podczas kwest pod kościołami czy WOŚP. Ogromnie cieszyło mnie, gdy to małe dzieci wkładały coś do kosza, niektórzy rezygnowali z batonika, który miał być tylko dla nich i wrzucali dla potrzebujących. Niektórzy nastolatkowie nawet sami podchodzili i dopytywali o cel zbiórki czy potrzebne produkty. To wspaniałe uczucie, gdy widzę, że rosną nam tak wrażliwe na potrzeby innych osoby.
Podczas zbiórki żywności miałam jednak negatywne rozmyślania o pewnej sprawie - odpowiedzialności. Zazwyczaj, gdy byłam opiekunem młodzieży podczas zbiórek, ktoś nie przychodził, spóźniał się, Rozumiałam, przecież mogą jeszcze nie mieć wyrobionej odpowiedzialności. Wstyd mi jednak za dorosłych ludzi, którzy najpierw wyrazili chęć pomocy, a potem nie przyszli. Po mojej "zmianie" przyszła tylko jedna dziewczyna, również z tego samego kursu migowego. Pozostałe 4 (!) osoby nie dotarły, a byli to dorośli ludzie. Zostałam z nią godzinę, ale później już musiałam wracać. Rozumiem różne sytuacje życiowe, ale istnieją telefony, Facebook itd. Odpowiedzialny człowiek szuka kogoś na swoje miejsce. Sama czułam się dziś bardzo źle, w nocy spałam tylko 2 godziny, ciężko mi było stać tyle godzin ze względu na ból itd. Mimo to wzięłam udział, wsparłam akcję. Da się? Da! Wystarczą tylko chęci.
Znowu wszystko pełne chaosu. Już powieki same mi się przymykają, ledwie widzę literki. na koniec chcę jednak prosić o wsparcie zbiórki żywności, która naprawdę pomaga innym. Dobranoc Wam!

niedziela, 6 marca 2016

Medialnie

Dziś chciałam Wam krótko opowiedzieć o dwóch wydarzeniach, które w ostatnim czasie "wywołał" u mnie wolontariat w Caritas. Krótko, bo ostatnio doba jakby się kurczyła, a obowiązków przybywało. 
W czwartek udało mi się wpaść na dłużej do Caritas, opowiedzieć o Brukseli i oczywiście pomóc, a było mnóstwo "papierkowej" roboty. Przybyło jednak tylu wolontariuszy, że ja tylko "nadzorowałam" ich pracę :) Czyli to, co lubię najbardziej!
Wtedy też nasz koordynator zapytał, czy ktoś z obecnych wolontariuszy nie mógłby kolejnego dnia opowiedzieć o wolontariacie w szkole katolickiej podczas rekolekcji. Nikt się jakoś nie rwał, no a ja nie umiem odmawiać :), więc się zgodziłam "skoczyć" przed zajęciami. W piątek rano okazało się, że nie będę "przemawiać" raz, tylko dwa, przed różnymi grupami. Ostatnie przestrogi od koordynatora: nie bądź zbyt dynamiczna, spokojnie, mów prosto, to co czujesz. Taaaa, widać, że nigdy nie widział mnie przed publicznością. Co innego, gdy mam wyuczony tekst lub jakiś do przeczytania, a inaczej, gdy muszę powiedzieć coś swojego.  Nawet na praktykach w szkole dużo wcześniej się przygotowuję, planuję, doczytuję różne informacje. Może nie sprawiam takiego wrażenia (ach, moja doskonała gra aktorska :), ale jestem bardzo nieśmiała. Problem stanowi dla mnie zadzwonienie do kogoś, wejście do sklepu i nic nie kupienie, poproszenie kogoś o wskazanie drogi... A tu mam wyjść przed tłum licealistów i powiedzieć, że wolontariat jest super. Jeszcze okazało się, że mam dosłownie kilka minut na przekazanie wszystkiego w tzw. "przerwie technicznej". A w drugiej turze wręcz "weszłam z butami" na Mszę Świętą. Jeden z księży podszedł do mnie i mówi: "Odwagi!". A ja już mam w myślach: "Czyli widać mój stres?". Jednak talent aktorski mam, wyszłam dziarskim krokiem, coś tam powiedziałam. Nawet otrzymałam potężne brawa. Najgorsze jest jednak poczucie, że nie wiem, czy zasiałam ziarno zachęty do wolontariatu czy wyjazdu do Krakowa na ŚDM, czy moje słowa były właśnie "przerwą techniczną", czy to coś dało. Ale emocje przy tym były ogromne, jeszcze długo po waliło mi serce, miałam zadyszkę jak po maratonie.
Dziś, czyli w niedzielę, musiałam zmienić wszelkie plany (a miałam pierwszy raz w życiu zamorsować) i znów postawić przed szereg wolontariat. Okazało się, że telewizja chce nagrać filmik zachęcający do wyjazdy na ŚDM do Krakowa akurat w biurze wolontariatu. A że ja wiem, gdzie co leży i siostry zakonne mnie kojarzą, to miałam za zadanie otworzyć DCW, "ogarnąć", czyli sprawdzić, czy nigdzie przypadkiem nie leżą dokumenty z jakimiś danymi osobowymi, jakieś niepotrzebne szpargały itd. Pomimo usilnych wysiłków, niestety nie pokazano mnie w telewizji :) To jest gdzieś mignęły moje plecy, ale nie spowodują chyba one mojej dalszej medialnej kariery :) Chcecie obejrzeć? http://kielce.tvp.pl/24317526/przygotowania-do-swiatowych-dni-mlodziezy
To dzisiejsze nagrywanie uświadomiło mi, jak wciąż niewiele wiem o ŚDM. Na szczęście nikt nie o nic nie pytał ;) Trochę nie podobało mi się, że dziennikarka sterowała wypowiedziami, mówiła, co chciałaby usłyszeć. Nie pozwoliło to przekazać tego, co naprawdę chcieliśmy. No ale trudno, świat mediów taki jest :)

Wracam do obowiązków. Miłego wieczoru :)

wtorek, 1 marca 2016

Bruksela cz. 3

Och, wiem, jestem chaotyczna. Tak to jest, gdy chce się przekazać wszystko, a jest się na świeżo z wrażeniami. Powróćmy do Polaków w Brukseli. Są oni cenieni od wieków. Już kilka wieków temu tylko polscy malarze otrzymywali stypendia, dziś jesteśmy cenieni jako dobrzy pracownicy. I mam nadzieję, że nikt długo nie zniszczy nam tej opinii. Mnóstwo osób polskiego pochodzenia jest zatrudnionych w tutejszych instytucjach i są rewelacyjnymi pracownikami. Osoby z tzw. klasy inteligenckiej pomagają sobie, nasza pani przewodnik bezpłatnie tłumaczy polskim studentom dokumenty na uczelnie.

Każde belgijskie miasto ma swoje kolory. Brukseli to ciemnozielony i krwistoczerwony, a patronem jest Michał Archanioł. Ciekawostką jest to, że obok siebie występują zabytkowe, np. gotyckie budynki i te nowoczesne. I o dziwo nie wygląda to źle. A skąd pieniądze na to wszystko? Belgowie płacą duże podatki. Ja zastałam tam ogromne dźwigi, budowlańców, wszystko tak, jakby całe miasto chcieli stworzyć od nowa.  To trochę tak, jak z budową Parlamentu Europejskiego. Długo spierano się, gdzie ma być jego siedziba, więc Belgowie po cichu wyburzyli zabytkowe kamienice na całej ulicy i postawili "międzynarodową salę konferencyjną", czyli Parlament Europejski.

Przejdźmy może do istotnej kwestii - niedzielnej kolacji z panią europoseł Różą Thun. Specjalnie dla nas przyleciała z Polski. Jestem mile zaskoczona jej osobą, myślałam, że to będzie ktoś wyniosły i nieprzystępny,  a tu - niespodzianka! - ciepła, serdeczna kobieta. Podchodziła do każdego i pytała, z którego jest konkursu, dopytywała o różne sprawy. Troszczyła się o moje jedzenie bezglutenowe! To już wzbudziło u mnie szacunek :) Ofiarowałam jej skromny prezent z Caritas - cukrowy baranek. Była w szoku, ale i zadowolona, chwaliła się, że weźmie go ze sobą do Zakopanego na święta, często przypominała o tym, że go dostała. Pytała, jak to Caritas u nas przędzie, to zapewniłam, że ma się dobrze. Pani Róża nie stroniła od zdjęć czy odpowiedzi na trudne pytania. Kolacja skończyła się baaaaardzo późno, więc po powrocie do hotelu zaraz zasnęłam.

Ciekawostką z niedzieli jest to, że podczas zwiedzania nie zobaczyliśmy wiele, ot tylko Grand Place i Maneken Pis, kilka placy, pani przewodnik pokazała, w których miejscach są świątynie i tyle. Na szczęście po obiedzie (akurat tego dnia posiłki mi nie smakowały) mieliśmy czas wolny na zakupy. No to ja zebrałam grupkę i zaprowadziłam ich do Jeanneke Pie, mniej znanego symbolu miasta. O dziwo trafiłam bez większych problemów, dla pewności dopytałam jeszcze przechodniów. Tu może wtrącę ciekawostkę na temat mojego komunikowania się. Pierwszego dnia swobodnie zaczęłam dyskutować ze sprzedawcą. Zapytał skąd jestem, że tak zrozumiale mówię po angielsku. Trochę mnie to zaskoczyło, bo sądziłam, że mówię po francusku :) Najczęściej mówiłam po angielsku i francusku równocześnie i wszyscy mnie rozumieli! Wracając do zwiedzania: niestety, nie zdążyliśmy dotrzeć do sikającego pieska.

Niektórzy narzekają, że Bruksela to brudne miasto. No trochę śmieci fruwa, ale związane jest to właśnie z tym, że silne wiatry co chwilę wywiewają śmieci z pojemników. Brukselczycy nie brudzą, bo ich praktycznie nie ma :P Gdyby nie imigranci, europosłowie, którzy zakładają tu rodziny, to kompletnie by wymarło. 

Poniedziałek poświęcony był zwiedzaniu instytucji Unii Europejskiej. Wtedy też usłyszałam kolejną ciekawostkę. W Brukseli zamiast wróbli latają... zielone, mięsożerne papugi! To one kilkaset lat temu wyzbyły się wróbli. Ogólnie, gdyby nie budynki Unii to miasto wyglądałoby jak wymarłe, a tak czasem coś się dzieje. Takim naturalnym widokiem byli żołnierze, którzy wyraźnie akcentowali, że mają przy sobie broń, a także policjanci, ale z nimi można było swobodnie porozmawiać. Wszystko w związku z sytuacją w Paryżu i środkami ostrożności. Z tego powodu nie mogliśmy wejść do wielu instytucji, m.in. do budynku, w którym urzęduje Donald Tusk. Za to Parlament Europejski poznaliśmy od podszewki. Mieliśmy wykład na temat jego powstania, działania, w jaki sposób powstają ustawy. Spotkaliśmy się również z panią Różą, która chętnie odpowiadała na nasze pytania, pokazała, kto gdzie siedzi oraz zjedliśmy "poselski" lunch. Myślałam, że jedzą oni bardziej wykwintne rzeczy, a tu tak normalnie :) Dostaliśmy parlamentarne gadżety, które z pewnością przydadzą mi się.

Trudno wszystko opowiedzieć i niczego nie pominąć ani nie zanudzić. Ciekawym doświadczeniem było spotkanie osób, które znam z gazet jako zwycięzców różnych plebiscytów, w "naturalnym" środowisku. W Brukseli już byłam, ale poznałam ją zupełnie pod innym kątem. Najgorsza była chyba podróż. Ale dzięki niej zobaczyłam jak momentalnie w różnych regionach zmienia się pogoda - od słonecznego nieba przez deszcze aż po wysoki śnieg. Podziwiałam też widoki, przypatrywałam się, jak działają wiatraki produkujące energię czy dostrzegłam, jakie są różnice między drogami w poszczególnych krajach.

W tym miejscu chciałabym podziękować organizatorom wyjazdu oraz tym, dzięki którym mogłam na niego pojechać (organizatorzy Lauru Wolontariatu). Dziękuję też tym, którzy wsparli mnie przed wyjazdem w jakikolwiek sposób, nawet miłym słowem. Dzięki Wam przeżyłam to :P





Bruksela cz.2

Nie miałam jak wcześniej napisać, gdyż nie mogłam połączyć się z Internetem. Ale już wracam do łączności ze światem. W sobotę po kolacji mogliśmy ruszyć na miasto. Okazało się to bardzo trudne - wszystko tam jest zamykane o 19:00. No dobra, czynne są pewne sklepy i niektóre restauracje, ale nie tego szukałam. Miasto zamiera na weekend. Czyli sobotni wieczór mogłam spędzić na zwiedzaniu mojego * * * * hotelu. Jednak jedyne o czym marzyłam, to kąpiel i sen. Saunę, fitnes i inne udogodnienia odpuściłam :) Co do jedzenia podczas kolacji: miałam szaszłyk z dodatkami. U mnie w domu mama kawałki mięsa przeplata różnymi dodatkami: pieczarkami, cebulą, papryką. Tu na dwóch szaszłykach było jedynie nadziane mięso. Albo byłam bardzo głodna, albo było to przepyszne i w dodatku byłam najedzona tym.
Śniadanie miało formę szwedzkiego bufetu, ale wyglądało inaczej niż znam np. z kolonii. Mnóstwo stołów, jedzenie nieustannie podgrzewane, do wyboru śniadania z różnych miejsc świata. I jesz ile chcesz! No dobra, ale jedzenie to nie wszystko. W niedzielę po śniadaniu zwiedzaliśmy Brukselę. Nie mieliśmy na to wiele czasu. To, co zapamiętałam, to że miasto powstało na zasypanej rzece. Stąd różnice poziomów między ulicami, specyficzny klimat. Od stycznia codziennie padało, ale na nasz pobyt wyszło słońce. Belgowie często muszą się ratować witaminą D właśnie przez mało słonecznych dni. W największym szoku byłam, gdy okazało się, że wszędzie kwitną kwiaty. Dla tego klimatu jest już wiosna, trawa zieleni się, drzewa puszczają pąki. Szał, nie? Minusem jest przenikliwy wiatr związany z tą zasypaną rzeką. Zrywa czapki z głów.Ale Belgijkom to nie przeszkadza: noszą odkryte buty, gołe nogi do sukienek, po prostu ciepło im :-] Ekscentryczna pani przewodnik mówiła dużo ciekawostek, ale trudno je wszystkie zapamiętać. Wprawdzie kilka zapisałam, ale to tylko cząstka wszystkich informacji. Belgia to kraj katolicki. W niedzielę wszystkie sklepy i galerie, oprócz tych z pamiątkami i restauracji, są zamknięte. Wszyscy idą do kościoła i spędzają ten czas z rodziną. Tu chyba warto dodać ciekawostkę: na pierwsze i drugie dziecko jest około 200 € na dziecko, na trzecie już około 800 €. Na czwarte i kolejne znowu po 200. Nie podaję tego bez powodu, gdyż wiąże się to ze słynnym siusiającym chłopczykiem. W XVII wieku, gdy wielu mężczyzn zginęło podczas bitew, chciano zachęcić ludzi do prokreacji, odbudowania państwa. No to postawiono kontrowersyjną figurkę, która miała pobudzić do tego, gdyż pieniądze, tak jak i dziś, nie pobudziły Belgów do działania. Robiono to na wzór Rubensa, który wydawał, powiedzmy słowami pani przewodnik, ówczesny playboy.
Powróćmy może do religijności. Podczas zimy każdej niedzieli jest organizowana o 19:00 na placu Msza Święta dla bezdomnych. Po niej zapraszani są na ciepły posiłek i nocleg. Niby miasto katolickie, ale pierwszy klasztor dominikański tutaj został przekształcony na jeden z bardziej luksusowych hoteli. Miałam okazję uczestniczyć w polskiej Mszy Świętej. Pomimo, że kościół był ogromny, wszystkie miejsca w nim zajęte były przez Polaków. Ciekawe było dla mnie to, że wielu zajmowało miejsca wokół ołtarza lub jak najbliżej niego, nie tak jak w Polsce: jak najdalej, byle szybko uciec po mszy. Co tydzień jest wydawana gazetka parafialna w nakładzie 2,5 tysiąca i byłam świadkiem, że nic nie zostaje. Msza i Gorzkie Żale identycznie przebiegały jak u nas. Dopadło mnie zdziwienie dopiero, gdy siostra zakonna udzielała Komunii Świętej. A jeszcze większe, gdy po mszy podeszła dziewczyna, która była opętana i szatan zaczął przez nią przemawiać. Okropne przeżycie! Po mszy, gdy czekałam na resztę grupy, zauważyłam, że siostra zakonna podeszła do bezdomnego, porozmawiała z nim i chyba gdzieś zaprosiła. To się nazywa wcielenie tego, o czym się mówi na Mszy Świętej, w życie.