środa, 31 maja 2017

Z wizytą u świętego Papczyńskiego

Niestety, nie udało mi się być na festynie w Chmielniku, na którym działali wolontariusze Caritas Diecezji Kieleckiej. Opowiem Wam za to o ostatniej (tj. wczorajszej) "Herbatce z aureolą", ponieważ dawno nie poruszałam tego tematu, a dużo się działo. Zapraszam!

Ostatnie dni są dla mnie intensywne (tak, ta słynna sesja), więc wyjazd na herbatkę "nie był mi po drodze". Jednak, skoro obiecałam, to nie mogłam odmówić. Dzień zaczął się "wariacko", ponieważ bardzo chciałam pójść do spowiedzi, a w moim napiętym grafiku to dosyć spore wyzwanie. Jednak się udało, a nawet zdążyłam na kilka minut zajrzeć do DCW przed zajęciami. Na uczelni znowu wyszło tak, jak być nie miało, więc zamiast o 15, to już o 12 pojawiłam się w wolontariacie. Między drobnymi pracami (wycinanie pytań na wieczorne spotkanie, uzupełnianie tabelek itd.) uczyłam się na kolokwium. W końcu pojechaliśmy, wraz z organizatorem zamieszania  - Damianem, do Brzezin.

Gdy dotarliśmy, większość dekoracji była już przygotowana - 4 stoliki dla gości z białymi dekoracjami, rozwieszone na wieszakach małe komeżki, kwiaty... Brakowało tylko naszego świętego, Stanisława Papczyńskiego, którego.... wiozłam w busie na kolanach! Po postawieniu go na miejscu, na tle płótna imitującego niebo, wciąż był niedosyt... czegoś.  Hmmm.... Damian wpadł na "genialny" pomysł poszukania dodatkowego zapachu, który uświetni cały wieczór. Akurat byłam w trakcie czytania "Pachnidła" Patricka Süskinda, więc nie był to dla mnie dobry argument. No ale udaliśmy się "szukać" zapachu. Przemierzyliśmy pobliskie łąki, w końcu znaleźliśmy odpowiednie wiechcie. Problem pojawił przy powrocie - marnować czas na powrót czy przeskoczyć mur? Zwłaszcza, że czas nieubłaganie płynął. No to siup przez płot - w sukience, pantofelkach na koturnie :P Nie obyło się bez wbitych kolców ostu, rozciętego palca i podrapanej nogi, ale jaka zabawa!

Kolejne zadanie, już po powrocie i bezpieczniejsze, to było nagotowanie wody do termosów i przebranie winogron. Na każdym stoliku było po tyle samo gron :) Później już wszystko przebiegało intensywnie: pierwsi goście, losowanie numerków stolików itd. Mi przypadł stolik numer 4. Najpierw jedliśmy winogrono, pyszne ciasto malinowe i ciasteczka owsiane, a następnie zaserwowano... pytania.
Pierwsze dotyczyło ulubionego koloru - i czy lubiąc go, też go nosimy itd. Drugie odniosło się już do konkretnego koloru - białego (którego tego dnia było pełno, nawet na mnie). Co symbolizuje, kiedy się go używa, jakie przynosi skojarzenia. Trzecie, jedno z najtrudniejszych, to pytanie o duszę ludzką, gdzie się znajduje, po co jest, co o niej wiemy i czy każdy ją posiada. Czwarte pytani odnosiło się do czyśćca - co o nim wiemy, po co jest, kto tam trafia, co się tam dzieje, cz to miłe miejsce. Analizowaliśmy też fragment Mt 5, 25-26.

Po wysiłku umysłowym i hektolitrach wypitej herbaty, nastał czas na film o naszym patronie, św. Stanisławie Papczyńskim. Bardzo nam rozjaśnił wiele kwestii. Później również nasz święty zabrał głos i próbował odpowiedzieć na pytania. Najwięcej jednak dowiedzieliśmy się od miejscowego wikariusza, który na podstawie wielu historii objaśnił nam skomplikowane pytania. Zachęcał też do modlitwy za dusze czyśćcowe, w tej intencji odmówiliśmy też jedną dziesiątkę różańca. 

Oj, rozpisałam się, nie wiem co później się działo, gdyż musiałam jechać. Pewnie chcecie zdjęcia? Proszę, link

Miłego tygodnia :) 

środa, 24 maja 2017

Wieczór filmowy

Właśnie zauważyłam, że baaaaaaaaaardzo dużo rzeczy z kwietnia nie umieściłam na blogu, w tym relacji z moich urodzin. A tak mi się skojarzyło z dziś, więc spróbuję to jakoś połączyć. Ale zacznijmy od .... poniedziałku, ostatniego.

Poniedziałek był dosyć nerwowy ze względu na odbywający się we wtorek zjazd Szkolnych Kół Caritas naszej diecezji. Okazywało się, że ciągle jest coś do zrobienia, lista uczestników zmienia się z minuty na minutę (pomimo, że termin zgłoszeń upłynął 2 tygodnie wcześniej), a dodatkowo nie samym zjazdem się żyje i wychodziły inne kwestie do rozwiązania "na wczoraj". Pakowanie materiałów, przygotowywanie gry, dopracowywanie planu, a do tego urywające się telefony, wciąż wchodzący ludzie z różnymi sprawami itd. - ARMAGEDON. A jak wiadomo, im większy stres, tym wszyscy stają się bardziej nerwowi, co odbija się na wykonywanej pracy. Po 8-godzinnym dniu wciąż nie wszystko było dopracowane na top-top, jednak okazało się, że zjazd wypadł doskonale, wszystko się udało. Sama na nim nie byłam (obowiązki uczelniane niedoszłej pani magister), ale nie słyszałam negatywnych słów o tym wydarzeniu.

Dziś Diecezjalne Centrum Wolontariatu odwiedziłam tuż po zajęciach. Czekały już na mnie zaświadczenia do poprawienia i wypisania (sprawdzenia poprawności wpisania nazwisk do matrycy, odmian fleksyjnych czy wyglądu graficznego - proste, ale żmudne i zajmujące dużo czasu). O 16:30 rozpoczął się wieczór filmowy. Ostatni odbył się 26 kwietnia, w moje urodziny. Dostałam wtedy m.in. kwiatka, który nie wymaga częstego podlewania, żółte ferrari, by ćwiczyć moje umiejętności bycia kierowcą (TAK! TAK! ZDAŁAM! Za 10 razem :) oraz książkę z modlitwami w języku migowym (chyba tylko one pomogą mi przed nieuchronnie zbliżającym się egzaminem na III st.). Powróćmy jednak do dziś, retrospekcji wystarczy. O dziwo o 16:30 nie było prawie nikogo, ale to pierwszy taki  raz, kiedy spotkanie do rozmów i wspólnego spędzenia czasu jest przed projekcją, a nie, jak zazwyczaj, po. Była pyszna karpatka przywieziona przez jedną z wolontariuszek Wakacyjnej Akcji Caritas, dwie ogroooomne pizze, owoce, chrupki, soki, kajmaki... Pisząc tego posta leżę z pełnym brzuszkiem do góry i żałuję, że jest tak mało pojemny :) Gdy się "nagadaliśmy" (choć niektórzy mogliby mówić bez końca), nadeszła pora na film. Około 15 osób (nigdy nie byłam dobra z matematyki) oglądało "Ukryte działania". To obraz trzech ciemnoskórych matematyczek, które w latach 60. (czasy segregacji rasowej, braku dostępu do wyższej edukacji technicznej dla kobiet itd.) otrzymały pracę w NASA. Od ich obliczeń zależało powodzenie misji kosmicznych. Film pokazywał, jakim trudnościom musiały sprostać, ale też jak starały się je zmienić i zrobiły "małą rewolucje" najpierw w swojej pracy, a następnie w dalszych kręgach, dochodząc aż do orderów. Więcej nie zdradzę, ale polecam obejrzeć. Po filmie chyba były jakieś gry towarzyskie, niestety musiałam szybko uciekać na busa.

Kolejne dni zapowiadają się równie pracowicie. Już jutro kurs na kierownika wypoczynku. Zgłosiło się 11 osób, to dużo w porównaniu do ostatnich lat. Ciekawe, jaka część z nich zechce jeździć na kolonie z Caritas. W niedzielę Festyn z okazji Dnia Dziecka w Chmielniku. Nie wiem jeszcze, czy dam radę na nim być, ale postaram się. We wtorek kolejna "Herbata z aureolą" na którą też nie wiem, czy dotrę (ach te studia). Postaram się teraz częściej pisać. Aaa!  Zapomniałabym! Już drugi raz jestem jedną z jurorów prac konkursowych Pól Nadziei. Ale powiem Wam, że dość ciężko ocenić mi te prace, może jutro uda mi się wybrać te najlepsze.

Miłego tygodnia!

niedziela, 21 maja 2017

Szkolenie wyjazdowe

Ojojoj.... Znowu baaaardzo długo nie pisałam, ale to dlatego, że TYLE SIĘ DZIAŁO! Może się poprawię :) Dziś post o szkoleniu, które odbyło się ostatnio. Zapraszam!

Szkolenie dotyczyło aktywnych postaw młodzieży i było zrealizowane przez Caritas Diecezji Kieleckiej we współfinansowaniu przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Odbyło się ono w urokliwym ośrodku Radostowa w Ciekotach. Dwudziestu młodych "liderów" uczestniczyło w dwudniowym szkoleniu. Pierwszy dzień upłynął pod znakiem integracji, ale też na rozmowach i ćwiczeniach dotyczących osoby lidera, edukacji obywatelskiej itd. Trudno spamiętać wszystkie poruszane kwestie. Ciekawostką jest, że wiele elementów prowadzonych było metodą dramy, dzięki czemu nie ćwiczyliśmy jedynie wymienionych obszarów, ale i przełamywaliśmy własne słabości. W tym dniu naszym prowadzącym był, jak zawsze niezawodny, Damian Zegadło. Szkolenie skończyło się późno, ale mimo to prawie wszyscy byli chętni na kilka gier towarzyskich, co pozwoliło jeszcze bardziej się nam zintegrować.

Kolejny dzień szkoleniowy zaczął się tuż po śniadaniu. Przyjechała do nas nowa prowadząca - Katarzyna Cukierska, trenerka, doradca zawodowy, działaczka społeczna itd. Większość zajęć prowadziła metodami aktywizującymi: pracą w grupie, mapą myśli itd. Rozwinęła ona treści z dnia poprzedniego, dołączyła elementy autoprezentacji, a także debatę oksfordzką. Kurcze, niezbyt już pamiętam, co dokładnie omawialiśmy, na pewno poruszyliśmy kwestie młodzieży pod kątem liderowania: określiliśmy potrzeby, problemy, wady i korzyści bycia działaczem itd.

Oba dni prowadzone były bardzo intensywnie , nie traciliśmy czasu na zbędne przerwy. Jednak, dzięki prowadzącym, nie czuliśmy zmęczenia, wręcz chcieliśmy więcej i więcej. Ciekawostką jest to, że z nieznających się osób utworzyliśmy zgraną grupę, dla której nie było problemu z ciągłymi zmianami partnerów do pracy. Wiele osób po szkoleniu otworzyło się i uwierzyło, że naprawdę mogą być liderami, nawet gdy dotąd nie zdawali sobie z tego sprawy.

Nie miałam czasu robić zdjęć, więc dodaję tylko kilka z terenu ośrodka. Były konie, psy, piękne widoki, słońce, dobre jedzenie, wspaniali ludzie i rewelacyjni prowadzący, czyli wszystko co potrzebne, aby zaliczyć szkolenie do udanych. Pozdrawiam serdecznie!











niedziela, 2 kwietnia 2017

Rekolekcje wielkopostne "Wokół krzyża"

Nie wiem, jak jest w innych Diecezjalnych Centrach Wolontariatu, ale w naszym większa część roku przebiega na różnorakich wyjazdach zorganizowanych dla wolontariuszy. Nie mogło zabraknąć i rekolekcji w szczególnym miejscu ze szczególnym rekolekcjonistą. Zapraszam do przeczytania relacji!

Piątek, ostatni dzień marca, bardzo słoneczny, okolice godziny 16:00. W biurze kieleckiego DCW tłum młodych z walizkami. Jest i jakiś zakonnik. To znak, że zaraz zaczniemy swój rekolekcyjny weekend. Wpakowujemy się do wynajętego busa i ruszamy na Święty Krzyż - miejsca, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Dla tych mniej zorientowanych powiem jednak, że w tym miejscu są najdłuższe w Polsce relikwie Krzyża Świętego. Papież Benedykt XVI ustanowił to miejsce bazyliką mniejszą. Chyba wszystkie Ekstremalne Drogi Krzyżowe ze styku trzech diecezji tam kończą swe trasy.

Tuż po 17:00 byliśmy na miejscu. Najpierw - pierwsze zaskoczenie - będziemy mieszkać za klauzurą. Kolejne, gdy zobaczyliśmy pokoje. W sekrecie powiem, że lepsze warunki, niż u mnie w domu :) O 18:00 wspólna kolacja z zakonnikami, klerykami itd. Troszkę na nich poczekaliśmy, bo mieli Drogę Krzyżową. Po kolacji pierwsza Msza Święta rekolekcyjna i zapoznanie z prowadzącym, ojcem Jakubem Zawadzkim, cystersem, wielokrotnie nagradzanym, między innymi przez Echo Dnia jako Człowiek Roku 2015 czy Belfer Roku, za jego ogromne zaangażowanie na różnych płaszczyznach. Ale nie o tym miałam pisać. Przytoczył nam trochę historii swego życia, wytłumaczył sens obrzędów wstępnych i wprowadził do tematyki krzyża, która obejmowała całe rekolekcje. Kolejny punkt programu to Droga Krzyżowa w kaplicy, w której znajdują się relikwie Krzyża Świętego. Droga była nietypowa, gdyż przy każdej stacji ktoś inny trzymał krzyż , podawaliśmy go klęcząc w ławkach. Na zakończenie błogosławieństwo indywidualne relikwiami. Ciekawostką był alarm, który włączał się kilkukrotnie podczas naszych modlitw. Kazali się nim nie przejmować :)

Sobota była bardzo intensywnym dniem. 7:00 pobudka, pół godziny później śniadanie. Następnie Msza Święta z konferencją. To dalszy ciąg rozważań o krzyżu. Usłyszeliśmy też historię o człowieku, którego Jezus niósł przez trudności, a on myślał, że właśnie wtedy go opuścił. Rozmodleni przeszliśmy do pracy w grupach. Najpierw - biblijne kalambury. Oczywiście moja drużyna zwyciężyła :) Potem podzieliliśmy się na trzy zespoły i dostaliśmy różne informacje o bracie Albercie Chmielowskim, którego rok właśnie obchodzimy. Mieliśmy za zadanie przygotować krótką informacje i zabawy na dany temat do programu kolonijnego. Oczywiście wszystkim grupom poszło znakomicie! W końcu zasłużony obiad! Po nim krótkie zwiedzanie klasztoru, konferencja i ... milczenie. To znaczy najpierw była Koronka do Miłosierdzia Bożego, potem konferencja, na której już milczeliśmy, a następnie około dwóch godzin na spędzenie czasu sam na sam ze swą duszą. Mieliśmy też dodatkowe zadanie, rozważyć rozdział 7 z II Księgi Machabejskiej. Dla niektórych ciężko było nic nie mówić, innym przychodziło to z łatwością. Byłam zdziwiona, że potrafię dłuższą chwilę nie myśleć o niczym tylko słuchać ciszy. Czasem było ciężko wśród tłumu turystów czy pątników znaleźć ciszę, ale było warto. Najbardziej krępująca była dla mnie kolacja. Nie wiedziałam, gdzie patrzeć, żeby nikogo nie rozbawić, jak skupić się tylko na jedzeniu. Innym natomiast ten czas najbardziej się podobał. Następnie odbyła się adoracja Najświętszego Sakramentu, śpiewana, z różnymi wezwaniami, podczas której była też możliwość spowiedzi. No trudno opisać wrażenia z niej, to trzeba przeżyć. Tuż po 21:00 udaliśmy się na film "Cuda z nieba", który idealnie wkomponował się w tematykę rekolekcji. Wzruszeni nim zasnęliśmy, by wypoczętym rozpocząć nowy dzień.

Niedziela zaczęła się standardowo śniadaniem. Następnie Gorzkie Żale i krótka konferencja. Ojciec przypomniał, że pomimo iż każdy jest inny, ma inny problem, to Bóg kocha wszystkich. Odnosił się też do fragmentów filmu. Potem serdecznie mu podziękowaliśmy i, wraz  z nim, wyruszyliśmy w pielgrzymkę ze Świętego Krzyża do Świętej Katarzyna. Pogoda dopisała, temperatura osiągała ponad 20 stopni, choć czasem bywało ciężko. Przy kaplicy świętego Mikołaja odprawiliśmy Mszę Świętą na której usłyszeliśmy o posłaniu niesienia świadectwa o tym, co daje krzyż. Otrzymaliśmy też obrazki, w których znajduje się płótno otarte o relikwie Krzyża Świętego. Niestety, szybko musieliśmy ruszać w dalszą drogę. Niedługo potem zdobyliśmy szczyt Łysicy i zeszliśmy w dół do Świętej Katarzyny. Tam weszliśmy do klasztoru sióstr klauzurowych, które nam trochę opowiedziały o swoich zwyczajach. Później miały być lody w najlepszym miejscu w województwie, no ale niestety kolejka nas przerosła. Wsiedliśmy więc do kursowego busa i dojechaliśmy do Kielc.

Co na świeżo mogę napisać? Że mam okropne odciski, jestem padnięta, ale chyba było warto. Poniżej zdjęcia zrobione przez Damiana Zegadło ukradzione z profilu Diecezjalnego Centrum Wolontariatu. Pozdrawiam wszystkich wiernych Czytelników!

Już wracamy :)

A tu dopiero ruszamy! Jeszcze widać tą energię :P

poniedziałek, 27 marca 2017

Jak NIE zdawać

Dziś temat nie dotyczący wolontariatu, ale w moim życiu bardzo z nim związany. Chodzi o prawo jazdy, a konkretnie jego brak. Gdybym je miała, mogłabym dalej prowadzić rejon Szlachetnej Paczki, uczestniczyć w wielu wyjazdach czy akcjach, a tu niestety klapa... Opowiem Wam moją dłuuuuugą historię zdobywania tego upragnionego plastiku, niestety, to wciąż never ending story. Mam nadzieję, że moje perypetie wywołają uśmiech na Waszych twarzach :)

25.01.2013 r. 8:30 - 8:45
Pierwszy egzamin nie trwał długo. Chyba nawet nie ruszyłam, albo ruszyłam kawałek... Miałam otwarte drzwi od bagażnika (przecież ja nawet nie umiem otworzyć go, więc to nie ja) albo najechałam na linię. Wskazałam wszystko dobrze i na tym się skończyło.

14.02.2013 r. 13:54 - 14:00
Egzamin miał zacząć się o 12:50, ale trochę sobie poczekałam, wtedy były jeszcze inne zasady egzaminowania, zmiana micry na toyotę itd. Tu chyba nawet nie ruszyłam, bo mi dwa razy zgasł... Albo ruszyłam prosto na linię? Za wiele w 6 minut nie mogłam popełnić błędów :)

15.03.2013 r. 9:36 - 9:43
Tu na egzamin czekałam od 8:20. Tu mam nawet zanotowane, że wjechałam na linię :) Co ciekawe, przez kilka pierwszych, chyba 6, egzaminów zawsze miałam sprawdzić poziom oleju :)

16.04.2013 r. 9:25 - 9:38
I tu zaczynają się ciekawe opowiastki. Na ten egzamin pojechałam z koleżanką. Czekałyśmy od 8:30, ciepło, wyszłyśmy więc na zewnątrz. Szedł piękny, młody i przystojny egzaminator, a ona na to: "Nie mogłabym się z takim przystojniakiem skupić na egzaminie". Nagle okazało się, że ja mam jechać właśnie z nim. No super, po tym, co mi nagadała. Wsiadłam, zrobiłam plac i pojechałam na miasto! Przypominam, że pierwszy raz. Wszyscy mówili: pamiętaj o znaku STOP przy wyjeździe z WORD-u. No oczywiście nigdy go nie widziałam, więc zatrzymałam się przed nim, a nie przy drodze, żeby sprawdzić czy coś jedzie. No i wiadomo jaki wynik...

21.05.2013 r. 10:10 - 10:27
Tu czekałam od 8:20, ale UWAGA! Wyjechałam na miasto! I jak widać, nawet trochę jeździłam. Powiem, co miałam po jednym błędzie: parkowanie prostopadłe, zawracanie, omijanie, zmiana kierunku jazdy, respektowanie zasad techniki kierowania pojazdami. Tutaj chyba chodziło o to, że jechałam tak blisko samochodów, że pourywałabym lusterka i jechałam tak, że egzaminator się bał o swoje życie. Ale nie jestem pewna :)

06.06.2013 9:40-9:45
Znowu czekałam od 8:30. Na pamiątkowej karcie mam zapisane, że zagrażam życiu innych osób :) cokolwiek to oznaczało i błąd przy ruszaniu mam.

27.06.2014 r. 10:35 -11:04
Po roku przerwy postanowiłam spróbować jeszcze raz. Czekałam na swoją kolej od 10:00. Byłam z inną koleżanką, czerwiec, więc ponownie czekałyśmy na zewnątrz. Szła pewna pani egzaminator, na co koleżanka powiedziała na głos, że lepiej żebym jej nie miała, bo dziewczyny u niej nie zdają, a dziś od rana to już kompletnie nikt. Oczywiście, jak to bywa, musiała usłyszeć, a ja trafiłam na nią. O dziwo, było dobrze. I miasto szło itd., miałam źle zrobione zawracanie, ale do naprawienia. No i nastąpiła nieszczęsna zmiana pasa ruchu. Nie wiem, czy ktoś chciał mnie wpuścić i ponaglał, czy się bał wyjechania, ale zatrąbił, co skutkuje przerwaniem egzaminu. Nie było możliwości zamiany miejsc, więc jechałam dalej, ale już wiedziałam, że niezdany egzamin. Łamałam więc wiele przepisów, przez emocje już nie zwracałam uwagi na znaki itd. Egzaminatorka na to: "Co pani robi?!", a ja odparłam, że przecież i tak nie zdałam.

13.03.2017 r. 12:25-12:43
Trzy lata później.... Oj, w międzyczasie zdawałam nową teorię i na tym się skończyło. Potem latanie za profilem kierowcy, szukaniem instruktora i ponownie wsiadłam za kółko. Trafiłam na najwspanialszego egzaminatora na świecie (tego przystojniaka). Najpierw przeraził się, bo spaliłam sprzęgło ruszając na placu, ale przemilczał to. Potem podirytowałam go tym, że ciągle trzymałam nogę na sprzęgle. W pewnym momencie jadąc ze mną zapiął pasy, co nie wróżyło nic dobrego. Ale pokonałam nietypowe sytuacje na drodze: zablokowany dojazd do mojego wolnego pasa ruchu, zaparkowane samochody tak, że musiałam najechać na podwójną ciągłą... Gdy jechałam blisko zaparkowanych samochodów, widziałam, jak jest przerażony, ale nic nie zaznaczał, powiedział tylko, że zły przejazd. Już mnie to zestresowało. I miałam skręcić w prawo na światłach. Szkoda, że zapomniałam, że piesi też mają zielone... I kolejne 140 zł poszło... Egzaminator przepraszał mnie, że musi mnie oblać. No cóż, ja sobie jeszcze z nim pożartowałam :D

27.03.2017 r. 10:08-10:23
Tak, to było dzisiaj :) Od rana byłam przerażona, na jeździe popełniałam kardynalne błędy przez stres. Na egzaminie już na wzniesieniu zgasł mi samochód. Potem nie wiedziałam, gdzie mam się zatrzymać. Ale pojechałam na miasto. Ale zaraz, wszyscy jadą w prawo, a mnie wypchnęła w lewo. Oj, będzie ciekawie. Rano, gdy jechałam, stała tam na obu pasach koparka. Kurcze, wciąż tam jest. Co tu robić? Wjechałam więc na chodnik. I o dziwo nie było to błędem :) Potem samochód zgasł mi przy wjeżdżaniu pod górę, wpadłam też w zakręt z ogromnym impetem, ale egzaminatorka nic nie powiedziała. I nadeszło zatrzymanie w wyznaczonym miejscu, które dwukrotnie zrobiłam źle. Okazało się, że nie dojechałam do prawej krawędzi. Pozwoliła mi jednak jeździć dalej. Ładnie zawróciłam, ale skręcając w prawo najechałam na podwójną ciągłą, co skutkuje oddaniem kierownicy. W późniejszej rozmowie stwierdziła, że widać, że dobrze czuję się za kółkiem, jadę pewnie (no sorry, jeżdżę już 5 lat), ale wszystko robię zbyt szybko i nerwowo. Stwierdziłam, że no cóż, zdam za 10 razem, a ona na to, że czemu mam tak mało wiary w siebie. Ja na to: "Ale to mój dziewiąty". Wyobraźcie sobie jej minę :)

Kolejny egzamin już ustalony. Chyba powinnam ogłosić społeczną zbiórkę na moje prawko, ciekawe, kto by mi współczuł i się dorzucił, a kto bałby się wypuścić mnie na polskie drogi :) Ale ja naprawdę umiem jeździć, a że głupia się stresuję i robię wtedy wszystko jeszcze szybciej, niż zwykle, to co poradzę. Mam nadzieję, że odstresowałam Was w ten poniedziałek i udowodniłam, że nawet w najgorszej sytuacji nie można się poddawać. Mi nawet nowenny do św. Rity już nie pomagają, ale walczę!

środa, 22 marca 2017

Sprintem przez ostatnie dwa tygodnie

Znowu dawno nie pisałam, a to właśnie dlatego, że tyle się działo. Może więc krótkie streszczenie ostatnich dwóch tygodni :)

8 marca, oprócz Dnia Kobiet, odbył się Wieczór Filmowy dla Wolontariuszy. Najpierw oczywiście były życzenia od naszych mężczyzn, a potem próba upieczenia gofrów :D Próba, ponieważ nie wyszły idealne, ale pyszne. No a potem cisza, bo film :) Chociaż w niektórych momentach ciężko było się powstrzymać od komentarzy :) Tytuł to "Dla ciebie wszystko". Wzruszający, zaskakujący, interesujący - więcej nie zdradzam, wystarczy obejrzeć.

Wciąż trwa tez kurs dla wychowawców wypoczynku. 11 marca poświęciliśmy na zajęcia praktyczne: uczyliśmy się zabaw ruchowych, plastycznych, z chustą klanzy, dowiadywaliśmy się, jakie mogą zdarzyć się sytuacje problemowe i jak je można rozwiązać, był też moduł poświęcony pracom społecznie użytecznym. Co roku niby zabawy są te same, ale zawsze odkrywam w nich coś nowego lub po prostu odświeżam te, o których zapomniałam. Wiele zależy też od grupy - czy jest otwarta na takie atrakcje czy nie. Tu jedna była bardziej chętna, druga mniej. Ale wszystko się udało!

Wczoraj wolontariusze wybrali się na film "Chata". Krąży o nim wiele opinii, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych, jednak ja z czystym sumieniem mogę go polecić. Pokazuje życie z innej perspektywy niż ta, do której przywykliśmy. Wyjaśnia niewyjaśnione i pozwala zrozumieć więcej. Oj, dziś będę tajemnicza, żeby nie odbierać nikomu przyjemności z oglądania.

Dziś kolejne szkolenie dla nowych wolontariuszy, w weekend Zbiórka Żywności Caritas, ostatni weekend kursu wychowawców... Będzie się działo :) Życzę Wam owocnie spędzonych najbliższych dni :)

poniedziałek, 6 marca 2017

Kurs wychowawcy wypoczynku part I

W sobotę rozpoczęła się kolejna edycja Kursu wychowawców wypoczynku prowadzonego przez Caritas Diecezji Kieleckiej. Miałam okazję również tam być, chociaż kurs robiłam już kilka lat temu. 
Dzień zaczął się od przygód. Czekałam 45 minut na busa, który nie dojechał. Musiałam wrócić do swojej miejscowości i pojechać kolejnym, na szczęście zdążyłam :) Wprawdzie nie mogłam już pomóc w ustawianiu krzesełek i innych sprawach porządkowych, jednak uratowałam stół przed kolebaniem się :) Kursanci coraz liczniej gromadzili się w sali, ustawiali w kolejce do opłacenia kursu czy uzupełnienia danych na listach. Później mam zagwozdkę przy przepisywaniu "co autor chciał przekazać?". I zaczęło się... oczywiście modlitwą. Na początek nasz koordynator Damian, który już "tysiące" razy był na kolonii w różnych rolach, wprowadził wszystkich do kursu. Przytoczył najważniejsze informacje prawne, organizacyjne i oddał głos swojej następczyni, Pani Joannie Śmiech, która również ma ogromne doświadczenie w zakresie kolonii: nie tylko była tam wychowawcą, kierownikiem, ale też wizytatorem, nawet na koloniach z dziećmi głuchymi czy niewidomymi (chyba nic dziwnego, że ten fragment mnie zaciekawił). Tłumaczyła wszelkie prawne aspekty związane z byciem wychowawcą, ale pokazywała też w praktyce, jak np. uzupełnić dokumenty czy stworzyć plan dnia, ramowy plan pracy itd. To chyba istotne, że oprócz części teoretycznej, prowadziła też elementy praktyczne. Bardzo podobało mi się, że gdy widziała znużenie grupy, przerywała na moment wykład i np. uczyła jakiejś kolonijnej piosenki. Była też praca w grupach - każda miała inne zadanie, jedni przedstawiali wierszyk, inni planowali co robić w czasie deszczu, a jeszcze inni tworzyli nazwę i regulamin grupy. To tylko kilka przykładów, gdyż grupa kursantów jest dość spora, więc pracowali w wielu zespołach.
Po 13:00 znowu moduł prowadził Damian Zegadło, który nawiązywał do przepisów ilustrując je przykładami z własnego doświadczenia - co może się stać, gdy... Takie obrazowe przedstawienie kolonii pokazało większości, że kolonie to nie zabawa, ale ogromna odpowiedzialność. Przedstawił też teorię w praktyce - nasze rozkłady dnia z zimowiska, konkursy czystości, różne filmiki z turnusów. Trudno mi po kolei wszystko streścić, więc po prostu sygnalizuję pewne treści, które mnie zaciekawiły lub były istotne.
Na zakończenie pomogłam uprzątnąć salę i ruszyłam do domu. Bardzo ciekawym doświadczeniem jest uczestniczenie w kursie, na którym sama byłam kilka lat temu. Treści, pomimo że podobne, odbiera się zupełnie inaczej, przez pryzmat własnego doświadczenia. Do każdego przykładu mogłabym dodać kilka swoich. Czuję się wtedy taka "doświadczona", chociaż tak naprawdę jeszcze mało wiem.
Dodam, że w kursie uczestniczy dość wiele moich znajomych, nawet moja mama. Wierzę, że po nim nie będą na mnie źli, że ich namówiłam, a będą nawet dziękować. W tym tygodniu chyba będzie więcej postów, gdyż na środę zaplanowany jest wieczór filmowy, o którym przecież muszę Wam opowiedzieć. Pozdrawiam i miłego tygodnia :)