niedziela, 6 marca 2016

Medialnie

Dziś chciałam Wam krótko opowiedzieć o dwóch wydarzeniach, które w ostatnim czasie "wywołał" u mnie wolontariat w Caritas. Krótko, bo ostatnio doba jakby się kurczyła, a obowiązków przybywało. 
W czwartek udało mi się wpaść na dłużej do Caritas, opowiedzieć o Brukseli i oczywiście pomóc, a było mnóstwo "papierkowej" roboty. Przybyło jednak tylu wolontariuszy, że ja tylko "nadzorowałam" ich pracę :) Czyli to, co lubię najbardziej!
Wtedy też nasz koordynator zapytał, czy ktoś z obecnych wolontariuszy nie mógłby kolejnego dnia opowiedzieć o wolontariacie w szkole katolickiej podczas rekolekcji. Nikt się jakoś nie rwał, no a ja nie umiem odmawiać :), więc się zgodziłam "skoczyć" przed zajęciami. W piątek rano okazało się, że nie będę "przemawiać" raz, tylko dwa, przed różnymi grupami. Ostatnie przestrogi od koordynatora: nie bądź zbyt dynamiczna, spokojnie, mów prosto, to co czujesz. Taaaa, widać, że nigdy nie widział mnie przed publicznością. Co innego, gdy mam wyuczony tekst lub jakiś do przeczytania, a inaczej, gdy muszę powiedzieć coś swojego.  Nawet na praktykach w szkole dużo wcześniej się przygotowuję, planuję, doczytuję różne informacje. Może nie sprawiam takiego wrażenia (ach, moja doskonała gra aktorska :), ale jestem bardzo nieśmiała. Problem stanowi dla mnie zadzwonienie do kogoś, wejście do sklepu i nic nie kupienie, poproszenie kogoś o wskazanie drogi... A tu mam wyjść przed tłum licealistów i powiedzieć, że wolontariat jest super. Jeszcze okazało się, że mam dosłownie kilka minut na przekazanie wszystkiego w tzw. "przerwie technicznej". A w drugiej turze wręcz "weszłam z butami" na Mszę Świętą. Jeden z księży podszedł do mnie i mówi: "Odwagi!". A ja już mam w myślach: "Czyli widać mój stres?". Jednak talent aktorski mam, wyszłam dziarskim krokiem, coś tam powiedziałam. Nawet otrzymałam potężne brawa. Najgorsze jest jednak poczucie, że nie wiem, czy zasiałam ziarno zachęty do wolontariatu czy wyjazdu do Krakowa na ŚDM, czy moje słowa były właśnie "przerwą techniczną", czy to coś dało. Ale emocje przy tym były ogromne, jeszcze długo po waliło mi serce, miałam zadyszkę jak po maratonie.
Dziś, czyli w niedzielę, musiałam zmienić wszelkie plany (a miałam pierwszy raz w życiu zamorsować) i znów postawić przed szereg wolontariat. Okazało się, że telewizja chce nagrać filmik zachęcający do wyjazdy na ŚDM do Krakowa akurat w biurze wolontariatu. A że ja wiem, gdzie co leży i siostry zakonne mnie kojarzą, to miałam za zadanie otworzyć DCW, "ogarnąć", czyli sprawdzić, czy nigdzie przypadkiem nie leżą dokumenty z jakimiś danymi osobowymi, jakieś niepotrzebne szpargały itd. Pomimo usilnych wysiłków, niestety nie pokazano mnie w telewizji :) To jest gdzieś mignęły moje plecy, ale nie spowodują chyba one mojej dalszej medialnej kariery :) Chcecie obejrzeć? http://kielce.tvp.pl/24317526/przygotowania-do-swiatowych-dni-mlodziezy
To dzisiejsze nagrywanie uświadomiło mi, jak wciąż niewiele wiem o ŚDM. Na szczęście nikt nie o nic nie pytał ;) Trochę nie podobało mi się, że dziennikarka sterowała wypowiedziami, mówiła, co chciałaby usłyszeć. Nie pozwoliło to przekazać tego, co naprawdę chcieliśmy. No ale trudno, świat mediów taki jest :)

Wracam do obowiązków. Miłego wieczoru :)

wtorek, 1 marca 2016

Bruksela cz. 3

Och, wiem, jestem chaotyczna. Tak to jest, gdy chce się przekazać wszystko, a jest się na świeżo z wrażeniami. Powróćmy do Polaków w Brukseli. Są oni cenieni od wieków. Już kilka wieków temu tylko polscy malarze otrzymywali stypendia, dziś jesteśmy cenieni jako dobrzy pracownicy. I mam nadzieję, że nikt długo nie zniszczy nam tej opinii. Mnóstwo osób polskiego pochodzenia jest zatrudnionych w tutejszych instytucjach i są rewelacyjnymi pracownikami. Osoby z tzw. klasy inteligenckiej pomagają sobie, nasza pani przewodnik bezpłatnie tłumaczy polskim studentom dokumenty na uczelnie.

Każde belgijskie miasto ma swoje kolory. Brukseli to ciemnozielony i krwistoczerwony, a patronem jest Michał Archanioł. Ciekawostką jest to, że obok siebie występują zabytkowe, np. gotyckie budynki i te nowoczesne. I o dziwo nie wygląda to źle. A skąd pieniądze na to wszystko? Belgowie płacą duże podatki. Ja zastałam tam ogromne dźwigi, budowlańców, wszystko tak, jakby całe miasto chcieli stworzyć od nowa.  To trochę tak, jak z budową Parlamentu Europejskiego. Długo spierano się, gdzie ma być jego siedziba, więc Belgowie po cichu wyburzyli zabytkowe kamienice na całej ulicy i postawili "międzynarodową salę konferencyjną", czyli Parlament Europejski.

Przejdźmy może do istotnej kwestii - niedzielnej kolacji z panią europoseł Różą Thun. Specjalnie dla nas przyleciała z Polski. Jestem mile zaskoczona jej osobą, myślałam, że to będzie ktoś wyniosły i nieprzystępny,  a tu - niespodzianka! - ciepła, serdeczna kobieta. Podchodziła do każdego i pytała, z którego jest konkursu, dopytywała o różne sprawy. Troszczyła się o moje jedzenie bezglutenowe! To już wzbudziło u mnie szacunek :) Ofiarowałam jej skromny prezent z Caritas - cukrowy baranek. Była w szoku, ale i zadowolona, chwaliła się, że weźmie go ze sobą do Zakopanego na święta, często przypominała o tym, że go dostała. Pytała, jak to Caritas u nas przędzie, to zapewniłam, że ma się dobrze. Pani Róża nie stroniła od zdjęć czy odpowiedzi na trudne pytania. Kolacja skończyła się baaaaardzo późno, więc po powrocie do hotelu zaraz zasnęłam.

Ciekawostką z niedzieli jest to, że podczas zwiedzania nie zobaczyliśmy wiele, ot tylko Grand Place i Maneken Pis, kilka placy, pani przewodnik pokazała, w których miejscach są świątynie i tyle. Na szczęście po obiedzie (akurat tego dnia posiłki mi nie smakowały) mieliśmy czas wolny na zakupy. No to ja zebrałam grupkę i zaprowadziłam ich do Jeanneke Pie, mniej znanego symbolu miasta. O dziwo trafiłam bez większych problemów, dla pewności dopytałam jeszcze przechodniów. Tu może wtrącę ciekawostkę na temat mojego komunikowania się. Pierwszego dnia swobodnie zaczęłam dyskutować ze sprzedawcą. Zapytał skąd jestem, że tak zrozumiale mówię po angielsku. Trochę mnie to zaskoczyło, bo sądziłam, że mówię po francusku :) Najczęściej mówiłam po angielsku i francusku równocześnie i wszyscy mnie rozumieli! Wracając do zwiedzania: niestety, nie zdążyliśmy dotrzeć do sikającego pieska.

Niektórzy narzekają, że Bruksela to brudne miasto. No trochę śmieci fruwa, ale związane jest to właśnie z tym, że silne wiatry co chwilę wywiewają śmieci z pojemników. Brukselczycy nie brudzą, bo ich praktycznie nie ma :P Gdyby nie imigranci, europosłowie, którzy zakładają tu rodziny, to kompletnie by wymarło. 

Poniedziałek poświęcony był zwiedzaniu instytucji Unii Europejskiej. Wtedy też usłyszałam kolejną ciekawostkę. W Brukseli zamiast wróbli latają... zielone, mięsożerne papugi! To one kilkaset lat temu wyzbyły się wróbli. Ogólnie, gdyby nie budynki Unii to miasto wyglądałoby jak wymarłe, a tak czasem coś się dzieje. Takim naturalnym widokiem byli żołnierze, którzy wyraźnie akcentowali, że mają przy sobie broń, a także policjanci, ale z nimi można było swobodnie porozmawiać. Wszystko w związku z sytuacją w Paryżu i środkami ostrożności. Z tego powodu nie mogliśmy wejść do wielu instytucji, m.in. do budynku, w którym urzęduje Donald Tusk. Za to Parlament Europejski poznaliśmy od podszewki. Mieliśmy wykład na temat jego powstania, działania, w jaki sposób powstają ustawy. Spotkaliśmy się również z panią Różą, która chętnie odpowiadała na nasze pytania, pokazała, kto gdzie siedzi oraz zjedliśmy "poselski" lunch. Myślałam, że jedzą oni bardziej wykwintne rzeczy, a tu tak normalnie :) Dostaliśmy parlamentarne gadżety, które z pewnością przydadzą mi się.

Trudno wszystko opowiedzieć i niczego nie pominąć ani nie zanudzić. Ciekawym doświadczeniem było spotkanie osób, które znam z gazet jako zwycięzców różnych plebiscytów, w "naturalnym" środowisku. W Brukseli już byłam, ale poznałam ją zupełnie pod innym kątem. Najgorsza była chyba podróż. Ale dzięki niej zobaczyłam jak momentalnie w różnych regionach zmienia się pogoda - od słonecznego nieba przez deszcze aż po wysoki śnieg. Podziwiałam też widoki, przypatrywałam się, jak działają wiatraki produkujące energię czy dostrzegłam, jakie są różnice między drogami w poszczególnych krajach.

W tym miejscu chciałabym podziękować organizatorom wyjazdu oraz tym, dzięki którym mogłam na niego pojechać (organizatorzy Lauru Wolontariatu). Dziękuję też tym, którzy wsparli mnie przed wyjazdem w jakikolwiek sposób, nawet miłym słowem. Dzięki Wam przeżyłam to :P





Bruksela cz.2

Nie miałam jak wcześniej napisać, gdyż nie mogłam połączyć się z Internetem. Ale już wracam do łączności ze światem. W sobotę po kolacji mogliśmy ruszyć na miasto. Okazało się to bardzo trudne - wszystko tam jest zamykane o 19:00. No dobra, czynne są pewne sklepy i niektóre restauracje, ale nie tego szukałam. Miasto zamiera na weekend. Czyli sobotni wieczór mogłam spędzić na zwiedzaniu mojego * * * * hotelu. Jednak jedyne o czym marzyłam, to kąpiel i sen. Saunę, fitnes i inne udogodnienia odpuściłam :) Co do jedzenia podczas kolacji: miałam szaszłyk z dodatkami. U mnie w domu mama kawałki mięsa przeplata różnymi dodatkami: pieczarkami, cebulą, papryką. Tu na dwóch szaszłykach było jedynie nadziane mięso. Albo byłam bardzo głodna, albo było to przepyszne i w dodatku byłam najedzona tym.
Śniadanie miało formę szwedzkiego bufetu, ale wyglądało inaczej niż znam np. z kolonii. Mnóstwo stołów, jedzenie nieustannie podgrzewane, do wyboru śniadania z różnych miejsc świata. I jesz ile chcesz! No dobra, ale jedzenie to nie wszystko. W niedzielę po śniadaniu zwiedzaliśmy Brukselę. Nie mieliśmy na to wiele czasu. To, co zapamiętałam, to że miasto powstało na zasypanej rzece. Stąd różnice poziomów między ulicami, specyficzny klimat. Od stycznia codziennie padało, ale na nasz pobyt wyszło słońce. Belgowie często muszą się ratować witaminą D właśnie przez mało słonecznych dni. W największym szoku byłam, gdy okazało się, że wszędzie kwitną kwiaty. Dla tego klimatu jest już wiosna, trawa zieleni się, drzewa puszczają pąki. Szał, nie? Minusem jest przenikliwy wiatr związany z tą zasypaną rzeką. Zrywa czapki z głów.Ale Belgijkom to nie przeszkadza: noszą odkryte buty, gołe nogi do sukienek, po prostu ciepło im :-] Ekscentryczna pani przewodnik mówiła dużo ciekawostek, ale trudno je wszystkie zapamiętać. Wprawdzie kilka zapisałam, ale to tylko cząstka wszystkich informacji. Belgia to kraj katolicki. W niedzielę wszystkie sklepy i galerie, oprócz tych z pamiątkami i restauracji, są zamknięte. Wszyscy idą do kościoła i spędzają ten czas z rodziną. Tu chyba warto dodać ciekawostkę: na pierwsze i drugie dziecko jest około 200 € na dziecko, na trzecie już około 800 €. Na czwarte i kolejne znowu po 200. Nie podaję tego bez powodu, gdyż wiąże się to ze słynnym siusiającym chłopczykiem. W XVII wieku, gdy wielu mężczyzn zginęło podczas bitew, chciano zachęcić ludzi do prokreacji, odbudowania państwa. No to postawiono kontrowersyjną figurkę, która miała pobudzić do tego, gdyż pieniądze, tak jak i dziś, nie pobudziły Belgów do działania. Robiono to na wzór Rubensa, który wydawał, powiedzmy słowami pani przewodnik, ówczesny playboy.
Powróćmy może do religijności. Podczas zimy każdej niedzieli jest organizowana o 19:00 na placu Msza Święta dla bezdomnych. Po niej zapraszani są na ciepły posiłek i nocleg. Niby miasto katolickie, ale pierwszy klasztor dominikański tutaj został przekształcony na jeden z bardziej luksusowych hoteli. Miałam okazję uczestniczyć w polskiej Mszy Świętej. Pomimo, że kościół był ogromny, wszystkie miejsca w nim zajęte były przez Polaków. Ciekawe było dla mnie to, że wielu zajmowało miejsca wokół ołtarza lub jak najbliżej niego, nie tak jak w Polsce: jak najdalej, byle szybko uciec po mszy. Co tydzień jest wydawana gazetka parafialna w nakładzie 2,5 tysiąca i byłam świadkiem, że nic nie zostaje. Msza i Gorzkie Żale identycznie przebiegały jak u nas. Dopadło mnie zdziwienie dopiero, gdy siostra zakonna udzielała Komunii Świętej. A jeszcze większe, gdy po mszy podeszła dziewczyna, która była opętana i szatan zaczął przez nią przemawiać. Okropne przeżycie! Po mszy, gdy czekałam na resztę grupy, zauważyłam, że siostra zakonna podeszła do bezdomnego, porozmawiała z nim i chyba gdzieś zaprosiła. To się nazywa wcielenie tego, o czym się mówi na Mszy Świętej, w życie.

sobota, 27 lutego 2016

Bruksela cz. 1

Witam Was kochani! Będę pisać we fragmentach, a jak będę miała możliwość, to wkleję i wstawię. W piątek bardzo stresowalam się wyjazdem. Nie pojechałam na uczelnie, aby nie pogłębić go. A że najlepsza na stres jest praca, to wstąpiłam do DCW. Najpierw pomogłam w wprowadzaniu dokumentów do systemu, segregowałam plakaty i ulotki promujace 1% dla Caritas, a potem przygotowywałam znaczki do wysłania dla zakonnikó-werbistów. Myślałam, że zrobię to raz-dwa, ale nadszedł moment odjazdu pociągu do Krakowa. Ciężko było mi się pożegnać z Kielcami, z DCW. Zostałam wyposażona w garść dobrych rad i przestróg. No to ruszyłam! Pierwszą przeszkodę napotkałam już w pociągu. Moje 155 cm nie wystarcza, by dosięgnąć do półki z bagażami, nie mówiąc już o dostaniu stopami do podłogi siedząc w fotelu. No ale szczęśliwie dojechałam do Krakowa. No i się przeraziłam. Każdy pędzi, tłum ciągnie za sobą tak, że już w Galerii Krakowskiej się zgubiłam, przez co nie trafiłam do odpowiedniego wyjścia, więc nie wiedziałam, gdzie iść. Po konsultacjachk telefonicznych trafiłam na Rynek Główny, gdzie wstąpiłam do Kościoła Mariackiego na Mszę Świętą, aby zawierzyć Bogu wyjazd. Następnie udałam się na miejsce zbiórki. Przywitano mnie słowami "pani najlepszy wolontariusz?", a ja cóż miałam powiedzieć? Stwierdziłam, że na to wychodzi, a prowadząca, że czyli się jeszcze okarze. I zamiast odpoczynku znowu spada na mnie odpowiedzialność pomocy innym :) Później droga jak droga, pola i asfalt ;-) Siadłam tak, że mam idealny obraz na telewizor, ale oglądałam tylko fragmenty, gdyż szybko zasypiałam. Na początku żałowałam, że siedzę sama, ale okazało się to zbawienne, gdy mogłam się ułożyć do snu na dwóch fotelach. Na pierwszym postoju, 40 km przed granicą kraju, kupiłam Tymbark i wiecie, co rzekł mi kapsel? "bez odwrotu". No to idealnie podsumował sytuację ;-) Kolejny postój był już w Niemczech. Popisałam się tam znajomością języków obcych :-P Na początku, jako jedna z niewielu, potrafiłam obsłuży toaletę na guziki i samomyjącą. Zadowolona, że tyle potrafię, stwierdziłam "a co, zrobię zakupy". Kupiłam mieszankę orzechów i suszonych owoców, podchodzę do kasy, sprzedawca "halo", to mu odpowiadam tak samo, czyli niemiecki zaliczony. Podał mi kwotę, ja w żadnym języku, nawet polskim, nie jestem za pan brat z cyferkami, więc rozmyślnie wcześniej wyliczyam kwotę. I wtedy zapytał, czy chcę paragon. A ja, jak to ja, w Niemczech odpowiedziałam: Non, thanks. A co! Francuski i angielski w jednym! A przecież mogłam odpowiedzieć po niemiecku, ale nocne rozbudzenie zrobiło swoje. Pokornie biorę w dłoń rozmówki francuskie, może chociaż jakąś pamiątkę kupię w tym języku. Jest sobota, godzina11, ja wciąż jadę. Jest bardzo gorąco, znowu spakowałam się nieadekwatnie do pogody ;-) No kto to wiedział, że w lutym będzie aż tak ciepło. Plan nie ma zbyt wiele punktów, więc sądzę, że zregeneruję siły przed kolejnym semestrem na uczelni. Kolejna relacja chyba dopiero z jutrzejszego dnia. ;-)
 16:00 Czekam w pokoju hotelowym na kolację. Dla mnie Bruksela to taki wielki plac budowy, pełno szkła i symboli UE. Pokój hotelowy ciasny, ale własny ;-)  Troszkę stresują mnie przezroczyste drzwi od łazienki :-D oraz to, że niezbyt potrafię posługiwać się kartą hotelową, która służy nawet do zapalenia światła. Miłego wieczoru, czekajcie na jutrzejszą relację :)

środa, 24 lutego 2016

Klucze, wyjazd, studia...

Nowy semestr, nowy plan, który nie pozwala na częste odwiedziny w DCW. Czyli standardowo w moim życiu :) Jednak ja zawsze coś wymyślę :)
Od piątku do niedzieli przebywałam na XIII Krajowym Forum Duszpasterstwa Młodzieży w Gnieźnie i Poznaniu. Nie lubię dwa razy pisać tego samego, więc przekazuję Wam relację: http://sdm.diecezja.kielce.pl/cms/w-drodze-na-sdm/   Oczywiście sama ją napisałam :)
 A jak wiąże się to z wolontariatem?
1. DCW aktualnie zajmuje się wolontariatem ŚDM, a tam było bardzo wiele informacji na ten temat.
2. Gdyby nie DCW, nikt nie wiedziałby, że w ogóle istnieję, więc by mnie nie zabrał :)

Och, ostatnio piszę bardzo krótko, nieskładnie, ale to dlatego, że dziennie piszę po kilka tekstów i w końcu mam już dość. Wiąże się to z kursem dziennikarskim, pisaniem aktualności na diecezjalną stronę ŚDM czy artykułów do gazetki parafialnej. Trochę dużo, a to drobna część tego, czym się aktualnie zajmuję. Dziś " w przelocie" wpadłam do DCW, a tak liczenie kluczy. Chcieli, abym im pomogła, ale broniłam się przed tym rękami i nogami :) Potrzebujecie relacji? Proszę bardzo! http://sdm.diecezja.kielce.pl/cms/kluczowa-pomoc-etap-iii/ Najbliższy czas, to chyba będzie wyłącznie wklejanie linków, gdyż zapowiada się wszystko bardzo intensywnie. A gdzie studia, praca?
Pamiętacie moją wygraną w konkursie Laur Wolontariatu 2015? W piątek nadarza się okazja na odbiór nagrody - jadę do Brukseli. Obym znalazła chwilę, aby Wam opisać ten wyjazd. Nie wiem, czy uwierzycie, ale marzy mi się chwila odpoczynku, wyspania się, nie gonienia nigdzie. Jeśli ja tak mówię, to albo dopadła mnie starość albo naprawdę mam za dużo na głowie :) Wierzę, że to uczucie szybko minie i pełna energii wrócę do swojej działalności :)
Dzięki akcji "Kluczowa Pomoc" w wolontariacie nieustannie jest mnóstwo wolontariuszy, którzy z zapałem segregują klucze. Podziwiam ich. Mnie denerwuje taka "syzyfowa praca", która w dodatku brudzi, robi hałas. No ale dzięki niej można stać się ekspertem od stopów metali :)
Odwołali mi w-f, więc przed praktykami jutro ponownie "skoczę" na chwilę do wolontariatu. Rodzinę trzeba odwiedzać, prawda? :)


środa, 17 lutego 2016

Zamieszanie, zamieszanie, czyli stara codzienność powróciła

Witam wszystkich ponownie po dłuższej przerwie! Ostatnio wciąż mam problem ze znalezieniem czasu na pisanie bloga, głównie dlatego, że zajmuję się pisaniem innych rzeczy. Jednak czasem znajduję te kilka chwil na zaspokojenie ciekawości moich Czytelników :)
Dziś już o 7:30 byłam podpisać umowę na kurs języka migowego. Tak się cieszę, że dostałam aż 90% dofinansowania na to szkolenie, gdyż wierzę, że takie umiejętności mogą mi się przydać w pracy z drugim człowiekiem.
Od wczoraj "święto" w wolontariacie - po długiej przerwie chorobowej wrócił nasz koordynator wolontariatu. Od razu zaroiło się od ludzi, wolontariat na nowo "zaczął żyć". Zaczął też wprowadzać swoje porządki. Po tak długiej przerwie nie byłam przyzwyczajona do tak intensywnej pracy, a tu co chwilę trzeba było coś poukładać, przenieś, zanieść. Ale chyba w wolontariacie nigdy nie było tak czysto jak teraz :) Oczywiście żartuję, ale rzeczywiście jest różnica. Chociaż, jutro wolontariusze przychodzą liczyć klucze z akcji "Kluczowa Pomoc", więc ponownie troszkę się zabrudzi. Ale lepiej brudzić, gdy jest czysto, niż w bałaganie robić jeszcze większy.
Wrócił Damian, więc przypomniał w Caritas o moim blogu, pokazywał wszystkim post o wolontariacie jako rodzinie. A on taki nieudany :P Teraz muszę się bardziej pilnować :)
Miałam napisać ten post siedząc w DCW, ale nie miałam kiedy :) To dobrze świadczy, że w końcu mam coś do działania, nie muszę na siłę szukać zajęcia, np. segregowania dokumentów itd. tylko wiem, co robić. No ale trudno się przestawić. Muszę ponarzekać :)
Przez ostatnie dwa dni działo się więcej niż przez cały miesiąc, więc trudno mi to opisać, zwłaszcza, ze czeka mnie dużo pracy przed wyjazdem. W  piątek jadę na  XIII Forum KDM w Gnieźnie. To wolontariat otwiera mi możliwości takich wyjazdów. Ale przypadek również :) A za tydzień - Bruksela, czyli wygrana w Laurze Wolontariatu. Nasuwa się tylko pytanie- kiedy znaleźć czas na studia :)
Miłego weekendu, bo już raczej nie zdążę napisać :)

wtorek, 9 lutego 2016

Krótko i na temat

Cały ostatni tydzień planowałam ten post, miałam różne pomysły, co mogłabym i w jaki sposób napisać. Plany planami, a życie życiem :) Sesja, obowiązki itd. spowodowały, że post nie powstał. Ale nie znaczy to, że nie byłam w tym czasie w Caritas :) Już mnie aż mają tam dość :) 

Dziś post nie o tym, co robiłam przez ostatni tydzień, ale o tym, czym j(est Caritas. Pamiętacie ten filmik?
https://www.youtube.com/watch?v=GLbCG-5Gvkc

Marta mówi na nim, że wolontariat to jak drugi dom. A dom wiąże się z rodziną.   Ostatnio cały czas chodzi mi po głowie to porównanie. Nawet niektóre postaci domowników wśród pracowników Caritas :) Może się nie obrażą :) Oto one:
- Ania, chyba jej stanowisko określa się jako sekretarka, jest jak mama, ciągle pyta czy zjadłam, czy zdałam egzamin, kiedy przyjdę, czy wszystko zrobiłam.
- Arek, informatyk, jak tata, którego nie mam. Pyta, czy wszystko w porządku, troszczy się, pomaga.
- Damian, koordynator wolontariatu, to taki dobry starszy brat (może nie będę pisać kto jest tym starszym nieznośnym bratem :), który spokojnie wytłumaczy, gdy coś źle zrobię, pokaże, jak zrobić coś efektywniej, dopytuje, pomaga, zachęca do swoich zainteresowań, no po prostu opiekuńczy starszy brat :)
- są też wujkowie i ciocie, którzy są mili, pomocni, żartują ze mną, dopytują o studia (chociaż niektóry myślą, że jestem w gimnazjum :).
Coś nie idzie mi pisanie. Ale sumienie uspokojone, że nie zostawiłam bez postów :)