Dziś temat nie dotyczący wolontariatu, ale w moim życiu bardzo z nim związany. Chodzi o prawo jazdy, a konkretnie jego brak. Gdybym je miała, mogłabym dalej prowadzić rejon Szlachetnej Paczki, uczestniczyć w wielu wyjazdach czy akcjach, a tu niestety klapa... Opowiem Wam moją dłuuuuugą historię zdobywania tego upragnionego plastiku, niestety, to wciąż never ending story. Mam nadzieję, że moje perypetie wywołają uśmiech na Waszych twarzach :)
25.01.2013 r. 8:30 - 8:45
Pierwszy egzamin nie trwał długo. Chyba nawet nie ruszyłam, albo ruszyłam kawałek... Miałam otwarte drzwi od bagażnika (przecież ja nawet nie umiem otworzyć go, więc to nie ja) albo najechałam na linię. Wskazałam wszystko dobrze i na tym się skończyło.
14.02.2013 r. 13:54 - 14:00
Egzamin miał zacząć się o 12:50, ale trochę sobie poczekałam, wtedy były jeszcze inne zasady egzaminowania, zmiana micry na toyotę itd. Tu chyba nawet nie ruszyłam, bo mi dwa razy zgasł... Albo ruszyłam prosto na linię? Za wiele w 6 minut nie mogłam popełnić błędów :)
15.03.2013 r. 9:36 - 9:43
Tu na egzamin czekałam od 8:20. Tu mam nawet zanotowane, że wjechałam na linię :) Co ciekawe, przez kilka pierwszych, chyba 6, egzaminów zawsze miałam sprawdzić poziom oleju :)
16.04.2013 r. 9:25 - 9:38
I tu zaczynają się ciekawe opowiastki. Na ten egzamin pojechałam z koleżanką. Czekałyśmy od 8:30, ciepło, wyszłyśmy więc na zewnątrz. Szedł piękny, młody i przystojny egzaminator, a ona na to: "Nie mogłabym się z takim przystojniakiem skupić na egzaminie". Nagle okazało się, że ja mam jechać właśnie z nim. No super, po tym, co mi nagadała. Wsiadłam, zrobiłam plac i pojechałam na miasto! Przypominam, że pierwszy raz. Wszyscy mówili: pamiętaj o znaku STOP przy wyjeździe z WORD-u. No oczywiście nigdy go nie widziałam, więc zatrzymałam się przed nim, a nie przy drodze, żeby sprawdzić czy coś jedzie. No i wiadomo jaki wynik...
21.05.2013 r. 10:10 - 10:27
Tu czekałam od 8:20, ale UWAGA! Wyjechałam na miasto! I jak widać, nawet trochę jeździłam. Powiem, co miałam po jednym błędzie: parkowanie prostopadłe, zawracanie, omijanie, zmiana kierunku jazdy, respektowanie zasad techniki kierowania pojazdami. Tutaj chyba chodziło o to, że jechałam tak blisko samochodów, że pourywałabym lusterka i jechałam tak, że egzaminator się bał o swoje życie. Ale nie jestem pewna :)
06.06.2013 9:40-9:45
Znowu czekałam od 8:30. Na pamiątkowej karcie mam zapisane, że zagrażam życiu innych osób :) cokolwiek to oznaczało i błąd przy ruszaniu mam.
27.06.2014 r. 10:35 -11:04
Po roku przerwy postanowiłam spróbować jeszcze raz. Czekałam na swoją kolej od 10:00. Byłam z inną koleżanką, czerwiec, więc ponownie czekałyśmy na zewnątrz. Szła pewna pani egzaminator, na co koleżanka powiedziała na głos, że lepiej żebym jej nie miała, bo dziewczyny u niej nie zdają, a dziś od rana to już kompletnie nikt. Oczywiście, jak to bywa, musiała usłyszeć, a ja trafiłam na nią. O dziwo, było dobrze. I miasto szło itd., miałam źle zrobione zawracanie, ale do naprawienia. No i nastąpiła nieszczęsna zmiana pasa ruchu. Nie wiem, czy ktoś chciał mnie wpuścić i ponaglał, czy się bał wyjechania, ale zatrąbił, co skutkuje przerwaniem egzaminu. Nie było możliwości zamiany miejsc, więc jechałam dalej, ale już wiedziałam, że niezdany egzamin. Łamałam więc wiele przepisów, przez emocje już nie zwracałam uwagi na znaki itd. Egzaminatorka na to: "Co pani robi?!", a ja odparłam, że przecież i tak nie zdałam.
13.03.2017 r. 12:25-12:43
Trzy lata później.... Oj, w międzyczasie zdawałam nową teorię i na tym się skończyło. Potem latanie za profilem kierowcy, szukaniem instruktora i ponownie wsiadłam za kółko. Trafiłam na najwspanialszego egzaminatora na świecie (tego przystojniaka). Najpierw przeraził się, bo spaliłam sprzęgło ruszając na placu, ale przemilczał to. Potem podirytowałam go tym, że ciągle trzymałam nogę na sprzęgle. W pewnym momencie jadąc ze mną zapiął pasy, co nie wróżyło nic dobrego. Ale pokonałam nietypowe sytuacje na drodze: zablokowany dojazd do mojego wolnego pasa ruchu, zaparkowane samochody tak, że musiałam najechać na podwójną ciągłą... Gdy jechałam blisko zaparkowanych samochodów, widziałam, jak jest przerażony, ale nic nie zaznaczał, powiedział tylko, że zły przejazd. Już mnie to zestresowało. I miałam skręcić w prawo na światłach. Szkoda, że zapomniałam, że piesi też mają zielone... I kolejne 140 zł poszło... Egzaminator przepraszał mnie, że musi mnie oblać. No cóż, ja sobie jeszcze z nim pożartowałam :D
27.03.2017 r. 10:08-10:23
Tak, to było dzisiaj :) Od rana byłam przerażona, na jeździe popełniałam kardynalne błędy przez stres. Na egzaminie już na wzniesieniu zgasł mi samochód. Potem nie wiedziałam, gdzie mam się zatrzymać. Ale pojechałam na miasto. Ale zaraz, wszyscy jadą w prawo, a mnie wypchnęła w lewo. Oj, będzie ciekawie. Rano, gdy jechałam, stała tam na obu pasach koparka. Kurcze, wciąż tam jest. Co tu robić? Wjechałam więc na chodnik. I o dziwo nie było to błędem :) Potem samochód zgasł mi przy wjeżdżaniu pod górę, wpadłam też w zakręt z ogromnym impetem, ale egzaminatorka nic nie powiedziała. I nadeszło zatrzymanie w wyznaczonym miejscu, które dwukrotnie zrobiłam źle. Okazało się, że nie dojechałam do prawej krawędzi. Pozwoliła mi jednak jeździć dalej. Ładnie zawróciłam, ale skręcając w prawo najechałam na podwójną ciągłą, co skutkuje oddaniem kierownicy. W późniejszej rozmowie stwierdziła, że widać, że dobrze czuję się za kółkiem, jadę pewnie (no sorry, jeżdżę już 5 lat), ale wszystko robię zbyt szybko i nerwowo. Stwierdziłam, że no cóż, zdam za 10 razem, a ona na to, że czemu mam tak mało wiary w siebie. Ja na to: "Ale to mój dziewiąty". Wyobraźcie sobie jej minę :)
Kolejny egzamin już ustalony. Chyba powinnam ogłosić społeczną zbiórkę na moje prawko, ciekawe, kto by mi współczuł i się dorzucił, a kto bałby się wypuścić mnie na polskie drogi :) Ale ja naprawdę umiem jeździć, a że głupia się stresuję i robię wtedy wszystko jeszcze szybciej, niż zwykle, to co poradzę. Mam nadzieję, że odstresowałam Was w ten poniedziałek i udowodniłam, że nawet w najgorszej sytuacji nie można się poddawać. Mi nawet nowenny do św. Rity już nie pomagają, ale walczę!
Blog konkursowy dotyczący mojego doświadczenia z wolontariatem w Caritas Diecezji Kieleckiej
poniedziałek, 27 marca 2017
środa, 22 marca 2017
Sprintem przez ostatnie dwa tygodnie
Znowu dawno nie pisałam, a to właśnie dlatego, że tyle się działo. Może więc krótkie streszczenie ostatnich dwóch tygodni :)
8 marca, oprócz Dnia Kobiet, odbył się Wieczór Filmowy dla Wolontariuszy. Najpierw oczywiście były życzenia od naszych mężczyzn, a potem próba upieczenia gofrów :D Próba, ponieważ nie wyszły idealne, ale pyszne. No a potem cisza, bo film :) Chociaż w niektórych momentach ciężko było się powstrzymać od komentarzy :) Tytuł to "Dla ciebie wszystko". Wzruszający, zaskakujący, interesujący - więcej nie zdradzam, wystarczy obejrzeć.
Wciąż trwa tez kurs dla wychowawców wypoczynku. 11 marca poświęciliśmy na zajęcia praktyczne: uczyliśmy się zabaw ruchowych, plastycznych, z chustą klanzy, dowiadywaliśmy się, jakie mogą zdarzyć się sytuacje problemowe i jak je można rozwiązać, był też moduł poświęcony pracom społecznie użytecznym. Co roku niby zabawy są te same, ale zawsze odkrywam w nich coś nowego lub po prostu odświeżam te, o których zapomniałam. Wiele zależy też od grupy - czy jest otwarta na takie atrakcje czy nie. Tu jedna była bardziej chętna, druga mniej. Ale wszystko się udało!
Wczoraj wolontariusze wybrali się na film "Chata". Krąży o nim wiele opinii, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych, jednak ja z czystym sumieniem mogę go polecić. Pokazuje życie z innej perspektywy niż ta, do której przywykliśmy. Wyjaśnia niewyjaśnione i pozwala zrozumieć więcej. Oj, dziś będę tajemnicza, żeby nie odbierać nikomu przyjemności z oglądania.
Dziś kolejne szkolenie dla nowych wolontariuszy, w weekend Zbiórka Żywności Caritas, ostatni weekend kursu wychowawców... Będzie się działo :) Życzę Wam owocnie spędzonych najbliższych dni :)
8 marca, oprócz Dnia Kobiet, odbył się Wieczór Filmowy dla Wolontariuszy. Najpierw oczywiście były życzenia od naszych mężczyzn, a potem próba upieczenia gofrów :D Próba, ponieważ nie wyszły idealne, ale pyszne. No a potem cisza, bo film :) Chociaż w niektórych momentach ciężko było się powstrzymać od komentarzy :) Tytuł to "Dla ciebie wszystko". Wzruszający, zaskakujący, interesujący - więcej nie zdradzam, wystarczy obejrzeć.
Wciąż trwa tez kurs dla wychowawców wypoczynku. 11 marca poświęciliśmy na zajęcia praktyczne: uczyliśmy się zabaw ruchowych, plastycznych, z chustą klanzy, dowiadywaliśmy się, jakie mogą zdarzyć się sytuacje problemowe i jak je można rozwiązać, był też moduł poświęcony pracom społecznie użytecznym. Co roku niby zabawy są te same, ale zawsze odkrywam w nich coś nowego lub po prostu odświeżam te, o których zapomniałam. Wiele zależy też od grupy - czy jest otwarta na takie atrakcje czy nie. Tu jedna była bardziej chętna, druga mniej. Ale wszystko się udało!
Wczoraj wolontariusze wybrali się na film "Chata". Krąży o nim wiele opinii, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych, jednak ja z czystym sumieniem mogę go polecić. Pokazuje życie z innej perspektywy niż ta, do której przywykliśmy. Wyjaśnia niewyjaśnione i pozwala zrozumieć więcej. Oj, dziś będę tajemnicza, żeby nie odbierać nikomu przyjemności z oglądania.
Dziś kolejne szkolenie dla nowych wolontariuszy, w weekend Zbiórka Żywności Caritas, ostatni weekend kursu wychowawców... Będzie się działo :) Życzę Wam owocnie spędzonych najbliższych dni :)
poniedziałek, 6 marca 2017
Kurs wychowawcy wypoczynku part I
W sobotę rozpoczęła się kolejna edycja Kursu wychowawców wypoczynku prowadzonego przez Caritas Diecezji Kieleckiej. Miałam okazję również tam być, chociaż kurs robiłam już kilka lat temu.
Dzień zaczął się od przygód. Czekałam 45 minut na busa, który nie dojechał. Musiałam wrócić do swojej miejscowości i pojechać kolejnym, na szczęście zdążyłam :) Wprawdzie nie mogłam już pomóc w ustawianiu krzesełek i innych sprawach porządkowych, jednak uratowałam stół przed kolebaniem się :) Kursanci coraz liczniej gromadzili się w sali, ustawiali w kolejce do opłacenia kursu czy uzupełnienia danych na listach. Później mam zagwozdkę przy przepisywaniu "co autor chciał przekazać?". I zaczęło się... oczywiście modlitwą. Na początek nasz koordynator Damian, który już "tysiące" razy był na kolonii w różnych rolach, wprowadził wszystkich do kursu. Przytoczył najważniejsze informacje prawne, organizacyjne i oddał głos swojej następczyni, Pani Joannie Śmiech, która również ma ogromne doświadczenie w zakresie kolonii: nie tylko była tam wychowawcą, kierownikiem, ale też wizytatorem, nawet na koloniach z dziećmi głuchymi czy niewidomymi (chyba nic dziwnego, że ten fragment mnie zaciekawił). Tłumaczyła wszelkie prawne aspekty związane z byciem wychowawcą, ale pokazywała też w praktyce, jak np. uzupełnić dokumenty czy stworzyć plan dnia, ramowy plan pracy itd. To chyba istotne, że oprócz części teoretycznej, prowadziła też elementy praktyczne. Bardzo podobało mi się, że gdy widziała znużenie grupy, przerywała na moment wykład i np. uczyła jakiejś kolonijnej piosenki. Była też praca w grupach - każda miała inne zadanie, jedni przedstawiali wierszyk, inni planowali co robić w czasie deszczu, a jeszcze inni tworzyli nazwę i regulamin grupy. To tylko kilka przykładów, gdyż grupa kursantów jest dość spora, więc pracowali w wielu zespołach.
Po 13:00 znowu moduł prowadził Damian Zegadło, który nawiązywał do przepisów ilustrując je przykładami z własnego doświadczenia - co może się stać, gdy... Takie obrazowe przedstawienie kolonii pokazało większości, że kolonie to nie zabawa, ale ogromna odpowiedzialność. Przedstawił też teorię w praktyce - nasze rozkłady dnia z zimowiska, konkursy czystości, różne filmiki z turnusów. Trudno mi po kolei wszystko streścić, więc po prostu sygnalizuję pewne treści, które mnie zaciekawiły lub były istotne.
Na zakończenie pomogłam uprzątnąć salę i ruszyłam do domu. Bardzo ciekawym doświadczeniem jest uczestniczenie w kursie, na którym sama byłam kilka lat temu. Treści, pomimo że podobne, odbiera się zupełnie inaczej, przez pryzmat własnego doświadczenia. Do każdego przykładu mogłabym dodać kilka swoich. Czuję się wtedy taka "doświadczona", chociaż tak naprawdę jeszcze mało wiem.
Dodam, że w kursie uczestniczy dość wiele moich znajomych, nawet moja mama. Wierzę, że po nim nie będą na mnie źli, że ich namówiłam, a będą nawet dziękować. W tym tygodniu chyba będzie więcej postów, gdyż na środę zaplanowany jest wieczór filmowy, o którym przecież muszę Wam opowiedzieć. Pozdrawiam i miłego tygodnia :)
Dzień zaczął się od przygód. Czekałam 45 minut na busa, który nie dojechał. Musiałam wrócić do swojej miejscowości i pojechać kolejnym, na szczęście zdążyłam :) Wprawdzie nie mogłam już pomóc w ustawianiu krzesełek i innych sprawach porządkowych, jednak uratowałam stół przed kolebaniem się :) Kursanci coraz liczniej gromadzili się w sali, ustawiali w kolejce do opłacenia kursu czy uzupełnienia danych na listach. Później mam zagwozdkę przy przepisywaniu "co autor chciał przekazać?". I zaczęło się... oczywiście modlitwą. Na początek nasz koordynator Damian, który już "tysiące" razy był na kolonii w różnych rolach, wprowadził wszystkich do kursu. Przytoczył najważniejsze informacje prawne, organizacyjne i oddał głos swojej następczyni, Pani Joannie Śmiech, która również ma ogromne doświadczenie w zakresie kolonii: nie tylko była tam wychowawcą, kierownikiem, ale też wizytatorem, nawet na koloniach z dziećmi głuchymi czy niewidomymi (chyba nic dziwnego, że ten fragment mnie zaciekawił). Tłumaczyła wszelkie prawne aspekty związane z byciem wychowawcą, ale pokazywała też w praktyce, jak np. uzupełnić dokumenty czy stworzyć plan dnia, ramowy plan pracy itd. To chyba istotne, że oprócz części teoretycznej, prowadziła też elementy praktyczne. Bardzo podobało mi się, że gdy widziała znużenie grupy, przerywała na moment wykład i np. uczyła jakiejś kolonijnej piosenki. Była też praca w grupach - każda miała inne zadanie, jedni przedstawiali wierszyk, inni planowali co robić w czasie deszczu, a jeszcze inni tworzyli nazwę i regulamin grupy. To tylko kilka przykładów, gdyż grupa kursantów jest dość spora, więc pracowali w wielu zespołach.
Po 13:00 znowu moduł prowadził Damian Zegadło, który nawiązywał do przepisów ilustrując je przykładami z własnego doświadczenia - co może się stać, gdy... Takie obrazowe przedstawienie kolonii pokazało większości, że kolonie to nie zabawa, ale ogromna odpowiedzialność. Przedstawił też teorię w praktyce - nasze rozkłady dnia z zimowiska, konkursy czystości, różne filmiki z turnusów. Trudno mi po kolei wszystko streścić, więc po prostu sygnalizuję pewne treści, które mnie zaciekawiły lub były istotne.
Na zakończenie pomogłam uprzątnąć salę i ruszyłam do domu. Bardzo ciekawym doświadczeniem jest uczestniczenie w kursie, na którym sama byłam kilka lat temu. Treści, pomimo że podobne, odbiera się zupełnie inaczej, przez pryzmat własnego doświadczenia. Do każdego przykładu mogłabym dodać kilka swoich. Czuję się wtedy taka "doświadczona", chociaż tak naprawdę jeszcze mało wiem.
Dodam, że w kursie uczestniczy dość wiele moich znajomych, nawet moja mama. Wierzę, że po nim nie będą na mnie źli, że ich namówiłam, a będą nawet dziękować. W tym tygodniu chyba będzie więcej postów, gdyż na środę zaplanowany jest wieczór filmowy, o którym przecież muszę Wam opowiedzieć. Pozdrawiam i miłego tygodnia :)
wtorek, 28 lutego 2017
Nowa rola
Oj mam problem z systematycznością :) Ale może to też dlatego, że łatwiej i chętniej opisuję coś niecodziennego niż coś co już tyle razy się wydarzyło (np. miałam opisać ostatnią "Herbatę z aureolą", była kompletnie inna niż wszystkie, ale już nie chciałam powielać tematu). Dziś jednak wydarzyło się coś z serii "wow", czym chciałabym się z Wami podzielić.
Dziś po zajęciach na uczelni udałam się do DCW, by stamtąd wyruszyć dalej. Dziś miałam się wcielić w rolę ... CLOWNA! Akurat dla mnie nie było to trudnym zadaniem, gorszym okazały się inne zadania, ale o tym później. Odwiedziliśmy świetlicę środowiskową "Pod Aniołem", która znajduje się tuż obok kieleckiego hospicjum na ul. Mieszka I. Przywitał nas tłumek ciekawskich podopiecznych, ale musieliśmy mieć czas na przebranie. Damian, Paulina, Marta i ja - kwartet clownów :D Dzieciaki ciekawsko zaglądały do sali, w której ulokowaliśmy sprzęt, śmiały się z naszych nosów, peruk czy much, zastanawiały się, co im pokażemy. I w końcu wybiła 16:00 i dzieciaki doczekały się naszego "występu". Najpierw "burza mózgu" - co kojarzy się z cyrkiem? Oprócz zwierząt i lwów :P wskazali właśnie clowna, magików... Następnie podział na grupy i zebranie tego, co było rzucane w eter, czyli każda grupa rysowała namiot cyrkowy i zapisywała, co się z nim kojarzy. Niektóre odpowiedzi były zaskakujące, głównie przez ortografię :D rzągielka, tależe, grupa żułta, perułka, klałn, itd. Moje polonistyczne serce się krajało :P A potem - hokus pokus czary mary, czyli "czytanie w myślach", jaką kartę wybrały dzieci zgadywała pani clown Marta. Nie mam pojęcia jak to robiła :D A potem podział na mniejsze grupy i kręcenie talerzami oraz żonglowanie chustkami. Przed właściwym zadaniem - oczywiście ćwiczenia rozgrzewające odpowiednie partie ciała. Ja przydzielona byłam do kręcenia gumowymi talerzami, chociaż tego wcale nie potrafiłam (jak i żonglowania chustkami czy innych cyrkowych rzeczy). Najpierw mieliśmy grupę złożoną z prawie wszystkich najmłodszych dzieciaków. Byli cudowni!!! Bardzo szybko "załapali" tą trudną sztukę. Druga grupa była negatywnie nastawiona, gdy coś im się nie udawało, zaraz się poddawali, bez podjęcia kolejnej próby. Wstyd się przyznać, ale mi przed dwie godziny ćwiczeń udało się zakręcić... tylko dwa raz ;( Mimo to nie poddawałam się i wierzyłam, że może kiedyś się nauczę :)
Na szczęście szybko te dwie godziny minęły (byłam zmęczona po całym dniu na uczelni). Na koniec dowiedziałam się, że dzieciaki z tej świetlicy mają duże problemy z językiem polskim, więc mogłabym tam się odnaleźć jako wolontariusz. Przemyślę to, najpierw czekam na datę rozpoczęcia kursu języka migowego i pod niego dopasuję korepetycje, których udzielam i ewentualny wolontariat w nowym miejscu. A dziś na zakończenie - zdjęcie robione kalkulatorem z dzisiejszego dnia ;)
Owocnego przeżycia Wielkiego Postu :)
Dziś po zajęciach na uczelni udałam się do DCW, by stamtąd wyruszyć dalej. Dziś miałam się wcielić w rolę ... CLOWNA! Akurat dla mnie nie było to trudnym zadaniem, gorszym okazały się inne zadania, ale o tym później. Odwiedziliśmy świetlicę środowiskową "Pod Aniołem", która znajduje się tuż obok kieleckiego hospicjum na ul. Mieszka I. Przywitał nas tłumek ciekawskich podopiecznych, ale musieliśmy mieć czas na przebranie. Damian, Paulina, Marta i ja - kwartet clownów :D Dzieciaki ciekawsko zaglądały do sali, w której ulokowaliśmy sprzęt, śmiały się z naszych nosów, peruk czy much, zastanawiały się, co im pokażemy. I w końcu wybiła 16:00 i dzieciaki doczekały się naszego "występu". Najpierw "burza mózgu" - co kojarzy się z cyrkiem? Oprócz zwierząt i lwów :P wskazali właśnie clowna, magików... Następnie podział na grupy i zebranie tego, co było rzucane w eter, czyli każda grupa rysowała namiot cyrkowy i zapisywała, co się z nim kojarzy. Niektóre odpowiedzi były zaskakujące, głównie przez ortografię :D rzągielka, tależe, grupa żułta, perułka, klałn, itd. Moje polonistyczne serce się krajało :P A potem - hokus pokus czary mary, czyli "czytanie w myślach", jaką kartę wybrały dzieci zgadywała pani clown Marta. Nie mam pojęcia jak to robiła :D A potem podział na mniejsze grupy i kręcenie talerzami oraz żonglowanie chustkami. Przed właściwym zadaniem - oczywiście ćwiczenia rozgrzewające odpowiednie partie ciała. Ja przydzielona byłam do kręcenia gumowymi talerzami, chociaż tego wcale nie potrafiłam (jak i żonglowania chustkami czy innych cyrkowych rzeczy). Najpierw mieliśmy grupę złożoną z prawie wszystkich najmłodszych dzieciaków. Byli cudowni!!! Bardzo szybko "załapali" tą trudną sztukę. Druga grupa była negatywnie nastawiona, gdy coś im się nie udawało, zaraz się poddawali, bez podjęcia kolejnej próby. Wstyd się przyznać, ale mi przed dwie godziny ćwiczeń udało się zakręcić... tylko dwa raz ;( Mimo to nie poddawałam się i wierzyłam, że może kiedyś się nauczę :)
Na szczęście szybko te dwie godziny minęły (byłam zmęczona po całym dniu na uczelni). Na koniec dowiedziałam się, że dzieciaki z tej świetlicy mają duże problemy z językiem polskim, więc mogłabym tam się odnaleźć jako wolontariusz. Przemyślę to, najpierw czekam na datę rozpoczęcia kursu języka migowego i pod niego dopasuję korepetycje, których udzielam i ewentualny wolontariat w nowym miejscu. A dziś na zakończenie - zdjęcie robione kalkulatorem z dzisiejszego dnia ;)
Owocnego przeżycia Wielkiego Postu :)
środa, 15 lutego 2017
Taki typowy tydzień :)
Oj mam problem z regularnym dodawaniem wpisów. Wynika to trochę z braku czasu, a trochę z braku pomysłu - nie wiem, czy chcielibyście czytać o WSZYSTKIM, co robię w wolontariacie. Dziś podsumowanie ostatnich wydarzeń.
Wolontariat to nie tylko konkretne działanie, to także ludzie, przyjaźnie, wspólne chwile. W ubiegłą sobotę odbyło się takie nieformalne spotkanie, na którym zebraliśmy się, by wspólnie pooglądać filmy, porozmawiać, zapomnieć o codzienności. Więcej nie mogę zdradzić :) Dodam tylko, że było fantastycznie!
W niedzielę odbyła się Gala innego wolontariatu, w którym się udzielam - Szlachetnej Paczki. Zajmuję tam "stanowisko" asystenta ds. promocji w woj. świętokrzyskim. Na gali odbyło się częściowe podsumowanie programu, wręczenie nagród tym wyróżniającym się. Nie wiem, czy Was to zaskoczy, ale ja też taką otrzymałam :) Byłam zdziwiona, no ale cóż :) Na tej gali powiedziałam też swój autorski wiersz, nie jest on jednak wart umieszczenia. Było wiele występów uzdolnionych wolontariuszy, słowa wspomnień edycji, zachęta do udziału w kolejnych projektach... Chcecie oblukać? Od 6:11 minuty tutaj .
W poniedziałek... pakowałam skarbonki :) Znaczy się segregowałam odpowiednią ilość do odpowiedniej parafii, a następnie dopasowywałam do dekanatu, później jeszcze plakaty informujące. Pisałam w ubiegłym roku o tym. Jest to akcja związana z uczynkami miłosierdzia, a konkretniej jałmużną. Dzieci, w okresie Wielkiego Postu, odmawiają sobie czegoś, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze wrzucają do papierowej skarbonki. Tydzień po Wielkanocy, w Niedzielę Miłosierdzia, składają je w parafii, a zebrane w ten sposób pieniądze przeznaczane są na pomoc osobom starszym i dzieciom. Mam nadzieję, że nic nie pokręciłam. Pracowałyśmy od 9 do około 13:30. To szybko w porównaniu do ubiegłego roku :).
W tym roku odeszło już kilka osób zaangażowanych w działania wolontaryjne na Kielecczyźnie. Nasz koordynator był na ich pogrzebach. Wczoraj spisywałam z nagrania z mów pożegnalnych. Posłużą do zrobienia notatek o tych osobach na naszą stronę wolontariatu. Warto, by o takich osobach pozostała pamięć.
Dziś (kolejny już raz) uczestniczyłam w szkoleniu podstawowym "I Ty możesz zostać wolontariuszem". Pomimo, że treści te same, przykłady z życia, opisy, nawet prezentacja, to nie ma dwóch takich samych szkoleń. Zawsze są na nich inni ludzie: jedni rozmowni, wciąż zmieniają temat, aby rozwikłać ich wszystkie wątpliwości, inni natomiast cisi, nie odpowiadają nawet zapytani. Nie ma grup gorszych i lepszych, są po prostu różne. Dziś na szkoleniu pojawiło się 8 osób w ogromnym rozstrzale wiekowym, od 15 lat do wieku emerytalnego, z różnymi doświadczeniami życiowymi. Niektórzy już działają w wolontariacie, inni "nie wiedzieli, z czym się to je". Zastanawiam się, ile osób po tym szkoleniu zacznie działania, a dla ilu będzie to "słomiany zapał". Sądzę jednak, że po tak przeprowadzonym szkoleniu, z 90% przyjdzie spróbować swoich sił w jakiejś organizacji. Pozostali to ci, którzy trafili tam "przez przypadek".
Na dzisiaj to już wszystko. Wciąż zachęcam do zrobienia kursu wychowawcy. Może ktoś z Was by chciał? :)
Pozdrawiam mojego (chyba) jedynego stałego Czytelnika :) Dobrej nocy ;)
Wolontariat to nie tylko konkretne działanie, to także ludzie, przyjaźnie, wspólne chwile. W ubiegłą sobotę odbyło się takie nieformalne spotkanie, na którym zebraliśmy się, by wspólnie pooglądać filmy, porozmawiać, zapomnieć o codzienności. Więcej nie mogę zdradzić :) Dodam tylko, że było fantastycznie!
W niedzielę odbyła się Gala innego wolontariatu, w którym się udzielam - Szlachetnej Paczki. Zajmuję tam "stanowisko" asystenta ds. promocji w woj. świętokrzyskim. Na gali odbyło się częściowe podsumowanie programu, wręczenie nagród tym wyróżniającym się. Nie wiem, czy Was to zaskoczy, ale ja też taką otrzymałam :) Byłam zdziwiona, no ale cóż :) Na tej gali powiedziałam też swój autorski wiersz, nie jest on jednak wart umieszczenia. Było wiele występów uzdolnionych wolontariuszy, słowa wspomnień edycji, zachęta do udziału w kolejnych projektach... Chcecie oblukać? Od 6:11 minuty tutaj .
W poniedziałek... pakowałam skarbonki :) Znaczy się segregowałam odpowiednią ilość do odpowiedniej parafii, a następnie dopasowywałam do dekanatu, później jeszcze plakaty informujące. Pisałam w ubiegłym roku o tym. Jest to akcja związana z uczynkami miłosierdzia, a konkretniej jałmużną. Dzieci, w okresie Wielkiego Postu, odmawiają sobie czegoś, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze wrzucają do papierowej skarbonki. Tydzień po Wielkanocy, w Niedzielę Miłosierdzia, składają je w parafii, a zebrane w ten sposób pieniądze przeznaczane są na pomoc osobom starszym i dzieciom. Mam nadzieję, że nic nie pokręciłam. Pracowałyśmy od 9 do około 13:30. To szybko w porównaniu do ubiegłego roku :).
W tym roku odeszło już kilka osób zaangażowanych w działania wolontaryjne na Kielecczyźnie. Nasz koordynator był na ich pogrzebach. Wczoraj spisywałam z nagrania z mów pożegnalnych. Posłużą do zrobienia notatek o tych osobach na naszą stronę wolontariatu. Warto, by o takich osobach pozostała pamięć.
Dziś (kolejny już raz) uczestniczyłam w szkoleniu podstawowym "I Ty możesz zostać wolontariuszem". Pomimo, że treści te same, przykłady z życia, opisy, nawet prezentacja, to nie ma dwóch takich samych szkoleń. Zawsze są na nich inni ludzie: jedni rozmowni, wciąż zmieniają temat, aby rozwikłać ich wszystkie wątpliwości, inni natomiast cisi, nie odpowiadają nawet zapytani. Nie ma grup gorszych i lepszych, są po prostu różne. Dziś na szkoleniu pojawiło się 8 osób w ogromnym rozstrzale wiekowym, od 15 lat do wieku emerytalnego, z różnymi doświadczeniami życiowymi. Niektórzy już działają w wolontariacie, inni "nie wiedzieli, z czym się to je". Zastanawiam się, ile osób po tym szkoleniu zacznie działania, a dla ilu będzie to "słomiany zapał". Sądzę jednak, że po tak przeprowadzonym szkoleniu, z 90% przyjdzie spróbować swoich sił w jakiejś organizacji. Pozostali to ci, którzy trafili tam "przez przypadek".
Na dzisiaj to już wszystko. Wciąż zachęcam do zrobienia kursu wychowawcy. Może ktoś z Was by chciał? :)
Pozdrawiam mojego (chyba) jedynego stałego Czytelnika :) Dobrej nocy ;)
środa, 8 lutego 2017
Anegdotki Dorotki
Dziś krótko, ale za to z mnóstwem zdjęć :) Podzielę się z Wami kilkoma anegdotkami z turnusu, może to nie wszystkie, ale tyle pamiętam:
Gra w "5 sekund". Polecenie: wymień coś głośnego:
- bębenek, oregano (!?), perkusja.
Polecenie: wymień, co kupuje się dziecku do szkoły:
- zeszyty, kredki, biurko.
Konkurs bałwanów "na leżąco". Moja grupa najmłodszych uczestników:
- Ej, ale na panią Dorotę to za mało tego śniegu będzie!
Zepsuty autokar, dzieci pytają:
- No ale proszę pani, przecież się modliliśmy, dlaczego się zepsuł?
Na to inny dzieciak:
- Bo ty się nie modliłeś, widziałem!
Sensację (i ogromny ubaw) zrobiła moja książka "Poradnik wychowawcy kolonijnego". I teksty w stylu:
- To takie coś istnieje??
Powrót do domu, większość dzieci "oddana", troje musieliśmy dowieść do innej miejscowości. Rozmowa kadry:
Pielęgniarka: No jakbym się pytała dzieci, czy im niedobrze itd., to zaraz by wymiotowały, a tak nikomu nic nie było. A pamiętacie jak się wmawiało dzieciom, że plasterki na pępek pomagają?
(nasz kierownik pokazuje jej na migi, żeby nie mówiła tego, bo te dzieci też w to wierzą).
Pielęgniarka: No ale tak, pomaga, pomaga.
Wizyta Rzecznika Praw Dziecka:
- No ale jest coś, co wam się nie podoba?
- Nie, nie ma.
- Ale na pewno?
Na co jeden z uczestników:
- Mi nie odpowiada smród z kibla!
Co zapamiętasz z kolonii?
- Jak pani krzyczała: "Szymon, gdzie jesteś?"
- Dorotka, masz wszystkie dzieci?
- No tak, 1, 2, ..11.
- Ale przecież ty masz 13 dzieci!
(Na szczęście wszystkie były :)
(Płacz) Proszę pani, zgubiłam ręcznik!
- Ale gdzie, na basenie?
- Nie, w pokoju. W poniedziałek.
(Ryk) - był czwartek.
Moja grupa na prezentację grup ułożyła wierszyk, nauczyła się go na pamięć, wyszła przed kolonię i... zapomniała!
- Umiesz pływać?
- Tak, przez rok chodziłam na kurs.
Na basenie:
- A po co ci deska i rękawki?
- Bo ja jednak nie umiem pływać.
Pokaz mam talent. Jeden z uczestników wręcza jury kostkę Rubika do pomieszania. Pielęgniarka rwie się pierwsza, łapie w dłonie, chce przekręcić, a ta rozsypuje się w drobny mak.
- Jak zrobisz tą sztuczkę, to ja zrobię kupę!
Zrobił, a kupy nie było :P
Gra w "5 sekund". Polecenie: wymień coś głośnego:
- bębenek, oregano (!?), perkusja.
Polecenie: wymień, co kupuje się dziecku do szkoły:
- zeszyty, kredki, biurko.
Konkurs bałwanów "na leżąco". Moja grupa najmłodszych uczestników:
- Ej, ale na panią Dorotę to za mało tego śniegu będzie!
Zepsuty autokar, dzieci pytają:
- No ale proszę pani, przecież się modliliśmy, dlaczego się zepsuł?
Na to inny dzieciak:
- Bo ty się nie modliłeś, widziałem!
Sensację (i ogromny ubaw) zrobiła moja książka "Poradnik wychowawcy kolonijnego". I teksty w stylu:
- To takie coś istnieje??
Powrót do domu, większość dzieci "oddana", troje musieliśmy dowieść do innej miejscowości. Rozmowa kadry:
Pielęgniarka: No jakbym się pytała dzieci, czy im niedobrze itd., to zaraz by wymiotowały, a tak nikomu nic nie było. A pamiętacie jak się wmawiało dzieciom, że plasterki na pępek pomagają?
(nasz kierownik pokazuje jej na migi, żeby nie mówiła tego, bo te dzieci też w to wierzą).
Pielęgniarka: No ale tak, pomaga, pomaga.
Wizyta Rzecznika Praw Dziecka:
- No ale jest coś, co wam się nie podoba?
- Nie, nie ma.
- Ale na pewno?
Na co jeden z uczestników:
- Mi nie odpowiada smród z kibla!
Co zapamiętasz z kolonii?
- Jak pani krzyczała: "Szymon, gdzie jesteś?"
- Dorotka, masz wszystkie dzieci?
- No tak, 1, 2, ..11.
- Ale przecież ty masz 13 dzieci!
(Na szczęście wszystkie były :)
(Płacz) Proszę pani, zgubiłam ręcznik!
- Ale gdzie, na basenie?
- Nie, w pokoju. W poniedziałek.
(Ryk) - był czwartek.
Moja grupa na prezentację grup ułożyła wierszyk, nauczyła się go na pamięć, wyszła przed kolonię i... zapomniała!
- Umiesz pływać?
- Tak, przez rok chodziłam na kurs.
Na basenie:
- A po co ci deska i rękawki?
- Bo ja jednak nie umiem pływać.
Pokaz mam talent. Jeden z uczestników wręcza jury kostkę Rubika do pomieszania. Pielęgniarka rwie się pierwsza, łapie w dłonie, chce przekręcić, a ta rozsypuje się w drobny mak.
- Jak zrobisz tą sztuczkę, to ja zrobię kupę!
Zrobił, a kupy nie było :P
| Wszystkie dzieci nasze są |
| Moja "Kolorowa 13" |
| Czasem trzeba komuś pomóc |
| Jeah! Banda! |
| Czasem trudno utrzymać pion |
| Dzieciaki same wpadły na portret najlepszego kierownika |
| Niezawodne jury Talent Show |
| Ci dwaj panowie naśladują... sowy! |
| Szybciej, dmuchajcie balony! |
| Ach, ten nieszczęsny poradnik :) |
| Dokumenty, dokumenty, dokumenty |
| Malujemy smerfnego Ważniaka |
| Moje urwisy |
| Na panią Dorotę za mało tego śniegu! |
| Podobna? :P |
| Dotarłam! |
| I znowu wszyscy :) |
| Prawie cała kadra :) |
| Centrum multimedialne |
| I znowu moi :) |
| A tu rozszerzona kadra :P |
| Kazali udawać, że mi się podoba :P |
| Nie zabrakło Eucharystii |
| Piszemy kartki do Pani Prezydent, Pani Premier i innych wielkich sławnych |
| Na szczycie labiryntu |
poniedziałek, 6 lutego 2017
Zimowisko part. II
Wróciłam! Nie bez przygód, ale o tym później :) Zachęcam do czytania, zaczynamy od piątku :)
Piątek był dla kadry dosyć trudnym dniem do przygotowania, gdyż nie mogliśmy wtedy korzystać z autokaru. Pobudka, śniadanie, spotkanie tematyczne w grupach, a potem co? Okazało się, że w niedzielę nie zdążymy pójść na Mszę Świętą do kościoła, tylko odbędzie się ona w ośrodku, więc już mieliśmy pomysł na spacer. Wyruszyliśmy do Sanktuarium MB Objawiającej Cudowny Medalik w Zakopanem-Olczy. Podczas drogi powrotnej nie mogło zabraknąć wizyty w słynnym sklepie "Brutal". A potem to, co dzieciaki lubią najbardziej - zjazd na jabłuszkach. Niestety, śnieg zaczął topnieć, sanki nie śmigały już tak samo, jak na początku. Po obiedzie i ciszy poobiedniej - karaoke, które okazało się strzałem w "10". Nasi podopieczni kochali śpiewać, trudno było ich powstrzymać nawet wtedy, gdy indywidualne osoby chciały pokazać swoje możliwości.
Później - kolejny dzień warsztatów tematycznych oraz pierwszopiątkowa Msza Święta. Po kolacji film - "Mały Książę", czyli tematyczne podsumowanie naszego programu profilaktycznego. A potem myjemy ząbki i lulu!
Sobota była bardzo intensywna - to w końcu nasz ostatni pełny dzień w Zakopanem. Rano - na sportowo. Najpierw śnieżny labirynt. Na jego pokonanie mieliśmy pół godziny. Moja grupa pokonała go w 5 minut :) Później pomagali innym, nawet tym nieco starszym :). Kolejny punkt to zamek śnieżny, a potem to, na co czekali cały tydzień - zakupy na Krupówkach. Nie zabrakło też łyżew, półtorej godziny jeżdżenia w kółko :P, ale za to w towarzystwie zawodników biorących udział w jakimś konkursie łyżwiarskim (nie wiem, nie znam się). Po powrocie, obiedzie - warsztaty, pakowanie się, spotkanie w grupach. Nawiązałam na nim do obejrzanego filmu - idealnie korespondowało mi to z tematem spotkania. Zadałam też każdemu trzy zdania do dokończenia: "Najbardziej podobało mi się...", "Nie podobało mi się...", "Zapamiętam...". Odpowiedzi były podobne, podobało się wszystko, nie podobał labirynt, bo zbyt prosty, dyskoteka, bo nie lubią tańczyć. jakieś usterki w pokoju... A co zapamiętają? Mnie :D. Wieczorem - Talent Show. Jury było zaskoczone talentami uczestników. O dziwo - nikt nie śpiewał. Sztuczki karciane, ruszanie różnymi częściami ciała, dmuchanie ustami balonów do modelowania, taniec, udawanie sów... Zwyciężył chłopiec, który zrobił pewną sztuczkę - jedna osoba z jury miała mówić, jaki kolor będzie miała następna karta - czarny lub czerwony, bez patrzenia na nią. Obserwowałam ten występ zza pleców występującego i widziałam, że się zgadzało, nic nie mieszał, odwrócił karty i wszystko się zgadzało! Niesamowite! Ja również występowałam, próbowałam robić zwierzątka z balonów, otrzymałam za to wyróżnienie :D. W tym dniu mieliśmy też wizytację pana od Rzecznika Praw Dziecka. Koloniści otrzymali od niego magnesy.
W końcu niedziela - oczekiwana przez kadrę, za to mniej przez uczestników. Dzień zaczęliśmy Mszą Świętą, a tuż po niej było śniadanie. To na nim rozstrzygnęliśmy konkurs Mam Talent, Konkurs Czystości i inne. Wręczyliśmy też podziękowania naszym gospodarzom, osobom, które pomagały, kierowcy, księdzu, kadrze... Później już dyplomy rozdawane w grupach. Każde dziecko coś otrzymało, w mojej grupie były to pluszaki, gry planszowe, coś na słodko, notesiki... To bardzo dużo, prawda? Zaraz potem wyruszyliśmy, była godzina 10:00. Po długim staniu w korkach, dotarliśmy do Krakowa-Łagiewnik. Najpierw zwiedziliśmy Centrum Jana Pawła II, następnie Sanktuarium Miłosierdzia Bożego. O godzinie 15:00 planowaliśmy wyruszyć w dalszą podróż i.... klops! Autobus zatrzymał się na czerwonym świetle na skrzyżowaniu. Chwała Panu, że była to mniej ruchliwa ulica, a nie środek skrzyżowania. Po 20 minutach udało nam się przejechać... za skrzyżowanie na zatoczkę. Ponad 40 dzieciaków nudząca się w autobusie, a telefony już zdążyły się im rozładować, wyobrażacie sobie ten armagedon? :P W końcu okazało się, że przyjedzie autobus zastępczy. W oczekiwaniu zabraliśmy dzieciaki do pobliskiej restauracji na coś ciepłego. W końcu, po 2,5 godzinie (musieliśmy przepakować cały autobus), ruszyliśmy dalej. Bez przygód dotarliśmy do Buska-Zdroju, gdzie oddaliśmy stęsknionym rodzicom dzieci. Niestety, przez to uciekły mi wszystkie busy, ale dałam radę załatwić transport zastępczy.
Chciałam podzielić się czymś, co było dla mnie najlepsze na tym zimowisku, a mianowicie spotkania kadry. Są one podstawą funkcjonowania na takim wyjeździe - ustalamy plan działania, możemy doradzić się w sytuacjach problemowych, podzielić radościami, a także odpocząć pijąc kubek herbaty za kubkiem, bo w ciągu dnia czasem ciężko na chwilę takiej przyjemności. Wiadomo, że dzieci czasem są sprytniejsze od dorosłych i ustawiają budziki o różnych dziwnych porach. Dlatego najpierw czekaliśmy, aż dzieci zasną, później mieliśmy odprawę, a po niej, godzinkę na gry planszowe. Chyba lepiej tak wykorzystać czas, niż chodzić w kółko i sprawdzać, czy na pewno zasnęli :), a przecież tak też pilnowaliśmy - graliśmy w takim miejscu, że było słychać, gdyby jakiś pokój się otwierał. No i to taka chwila dla nas bez ciągłego "Proszę Pani" :)
Na tym zimowisku stawialiśmy na kreatywność, więc każdego dnia plan był w innej konwencji. Czasem dzieci nie rozumiały, że "Pij mleko, będziesz wielki" to śniadanie, a "Dalej dalej ręce Gadżeta" to warsztaty, ale ile było przy tym frajdy. Raz plan napisany był wierszem.
Już ostatnie zdanie na dziś, chciałam się pochwalić. Otrzymałam 90% dofinansowania na kurs języka migowego na III stopniu, jestem taka szczęśliwa! Oby tylko mój okropny plan na uczelni nie pokrywał się z terminami spotkań.
Zapomniałam dodać, z zimowiska wróciłam z ... przeziębieniem! Jest ciężko, ale chyba było warto :)
Piątek był dla kadry dosyć trudnym dniem do przygotowania, gdyż nie mogliśmy wtedy korzystać z autokaru. Pobudka, śniadanie, spotkanie tematyczne w grupach, a potem co? Okazało się, że w niedzielę nie zdążymy pójść na Mszę Świętą do kościoła, tylko odbędzie się ona w ośrodku, więc już mieliśmy pomysł na spacer. Wyruszyliśmy do Sanktuarium MB Objawiającej Cudowny Medalik w Zakopanem-Olczy. Podczas drogi powrotnej nie mogło zabraknąć wizyty w słynnym sklepie "Brutal". A potem to, co dzieciaki lubią najbardziej - zjazd na jabłuszkach. Niestety, śnieg zaczął topnieć, sanki nie śmigały już tak samo, jak na początku. Po obiedzie i ciszy poobiedniej - karaoke, które okazało się strzałem w "10". Nasi podopieczni kochali śpiewać, trudno było ich powstrzymać nawet wtedy, gdy indywidualne osoby chciały pokazać swoje możliwości.
Później - kolejny dzień warsztatów tematycznych oraz pierwszopiątkowa Msza Święta. Po kolacji film - "Mały Książę", czyli tematyczne podsumowanie naszego programu profilaktycznego. A potem myjemy ząbki i lulu!
Sobota była bardzo intensywna - to w końcu nasz ostatni pełny dzień w Zakopanem. Rano - na sportowo. Najpierw śnieżny labirynt. Na jego pokonanie mieliśmy pół godziny. Moja grupa pokonała go w 5 minut :) Później pomagali innym, nawet tym nieco starszym :). Kolejny punkt to zamek śnieżny, a potem to, na co czekali cały tydzień - zakupy na Krupówkach. Nie zabrakło też łyżew, półtorej godziny jeżdżenia w kółko :P, ale za to w towarzystwie zawodników biorących udział w jakimś konkursie łyżwiarskim (nie wiem, nie znam się). Po powrocie, obiedzie - warsztaty, pakowanie się, spotkanie w grupach. Nawiązałam na nim do obejrzanego filmu - idealnie korespondowało mi to z tematem spotkania. Zadałam też każdemu trzy zdania do dokończenia: "Najbardziej podobało mi się...", "Nie podobało mi się...", "Zapamiętam...". Odpowiedzi były podobne, podobało się wszystko, nie podobał labirynt, bo zbyt prosty, dyskoteka, bo nie lubią tańczyć. jakieś usterki w pokoju... A co zapamiętają? Mnie :D. Wieczorem - Talent Show. Jury było zaskoczone talentami uczestników. O dziwo - nikt nie śpiewał. Sztuczki karciane, ruszanie różnymi częściami ciała, dmuchanie ustami balonów do modelowania, taniec, udawanie sów... Zwyciężył chłopiec, który zrobił pewną sztuczkę - jedna osoba z jury miała mówić, jaki kolor będzie miała następna karta - czarny lub czerwony, bez patrzenia na nią. Obserwowałam ten występ zza pleców występującego i widziałam, że się zgadzało, nic nie mieszał, odwrócił karty i wszystko się zgadzało! Niesamowite! Ja również występowałam, próbowałam robić zwierzątka z balonów, otrzymałam za to wyróżnienie :D. W tym dniu mieliśmy też wizytację pana od Rzecznika Praw Dziecka. Koloniści otrzymali od niego magnesy.
W końcu niedziela - oczekiwana przez kadrę, za to mniej przez uczestników. Dzień zaczęliśmy Mszą Świętą, a tuż po niej było śniadanie. To na nim rozstrzygnęliśmy konkurs Mam Talent, Konkurs Czystości i inne. Wręczyliśmy też podziękowania naszym gospodarzom, osobom, które pomagały, kierowcy, księdzu, kadrze... Później już dyplomy rozdawane w grupach. Każde dziecko coś otrzymało, w mojej grupie były to pluszaki, gry planszowe, coś na słodko, notesiki... To bardzo dużo, prawda? Zaraz potem wyruszyliśmy, była godzina 10:00. Po długim staniu w korkach, dotarliśmy do Krakowa-Łagiewnik. Najpierw zwiedziliśmy Centrum Jana Pawła II, następnie Sanktuarium Miłosierdzia Bożego. O godzinie 15:00 planowaliśmy wyruszyć w dalszą podróż i.... klops! Autobus zatrzymał się na czerwonym świetle na skrzyżowaniu. Chwała Panu, że była to mniej ruchliwa ulica, a nie środek skrzyżowania. Po 20 minutach udało nam się przejechać... za skrzyżowanie na zatoczkę. Ponad 40 dzieciaków nudząca się w autobusie, a telefony już zdążyły się im rozładować, wyobrażacie sobie ten armagedon? :P W końcu okazało się, że przyjedzie autobus zastępczy. W oczekiwaniu zabraliśmy dzieciaki do pobliskiej restauracji na coś ciepłego. W końcu, po 2,5 godzinie (musieliśmy przepakować cały autobus), ruszyliśmy dalej. Bez przygód dotarliśmy do Buska-Zdroju, gdzie oddaliśmy stęsknionym rodzicom dzieci. Niestety, przez to uciekły mi wszystkie busy, ale dałam radę załatwić transport zastępczy.
Chciałam podzielić się czymś, co było dla mnie najlepsze na tym zimowisku, a mianowicie spotkania kadry. Są one podstawą funkcjonowania na takim wyjeździe - ustalamy plan działania, możemy doradzić się w sytuacjach problemowych, podzielić radościami, a także odpocząć pijąc kubek herbaty za kubkiem, bo w ciągu dnia czasem ciężko na chwilę takiej przyjemności. Wiadomo, że dzieci czasem są sprytniejsze od dorosłych i ustawiają budziki o różnych dziwnych porach. Dlatego najpierw czekaliśmy, aż dzieci zasną, później mieliśmy odprawę, a po niej, godzinkę na gry planszowe. Chyba lepiej tak wykorzystać czas, niż chodzić w kółko i sprawdzać, czy na pewno zasnęli :), a przecież tak też pilnowaliśmy - graliśmy w takim miejscu, że było słychać, gdyby jakiś pokój się otwierał. No i to taka chwila dla nas bez ciągłego "Proszę Pani" :)
Na tym zimowisku stawialiśmy na kreatywność, więc każdego dnia plan był w innej konwencji. Czasem dzieci nie rozumiały, że "Pij mleko, będziesz wielki" to śniadanie, a "Dalej dalej ręce Gadżeta" to warsztaty, ale ile było przy tym frajdy. Raz plan napisany był wierszem.
Już ostatnie zdanie na dziś, chciałam się pochwalić. Otrzymałam 90% dofinansowania na kurs języka migowego na III stopniu, jestem taka szczęśliwa! Oby tylko mój okropny plan na uczelni nie pokrywał się z terminami spotkań.
Zapomniałam dodać, z zimowiska wróciłam z ... przeziębieniem! Jest ciężko, ale chyba było warto :)
![]() |
| Gramy w mistakos :) |
![]() |
| Na łyżwach |
![]() |
| Niestety, na Rusinowej Polanie była mgła i sypał śnieg |
![]() |
| Pupoloty! |
![]() |
| Nie umiem przekręcić :P dyplom :) |
![]() |
| Ze szczytu labiryntu widok na śnieżny zamek |
Subskrybuj:
Posty (Atom)






